Aby lepiej się zaaklimatyzować do wysokich temperatur i wilgotności, część pierwszego odcinka jadą na rowerach. Od Dondo (ok. 100 m n.p.m.) trasa zaczęła się piąć w górę.
- Od 14.30 do końca dnia, czyli do 18, udaje się nam przejechać zaledwie 37 kilometrów - relacjonuje lider etapu. - Z nieba leje się żar, wilgotność jest wysoka. Podjazdy mają po 10-12 procent nachylenia. Dokonujemy morderstwa na własnym organizmie. Ukrop. Sapanie. Bezdech. Dobrze, że mamy batony energetyczne i odżywki z elektrolitem - przeciwko odwodnieniu - firmy Vitargo.
Pierwszy nocleg spędzają w Pedra Escrita (Zapisana Skała), w 4-izbowej szkole. Potem, na 34 kilometrach pomiędzy Pedra Escrita a Kamungo, pokonują 541 metrów pod górę!
W Katolickiej Misji Narodzenia Matki Boskiej w Quipeio, gdzie w 1934 r. Kazimierz Nowak spędził Wigilię, w 114. rocznicę jego urodzin zawieszają tabliczkę poświęconą jego pamięci.
- W tej okolicy, w latach 30. XX w., było 5 fazend-gospodarstw prowadzonych przez Polaków. Ich nieformalnym przywódcą był hrabia Michał Zamoyski, w którego domu na przeszło miesiąc „stanął kwaterą” Kazimierz Nowak. Dojechał tu konno, a w dalszą podróż ruszył już rowerem. Podczas Wigilii spotkał się z rodzinami Rodziewiczów, Barskich, Gebertnerów. Odwiedził także fazendę Nova Era pana Dekańskiego. Jednak najmilsze chwile spędził w Boa Serra - Piękna Góra - u Zamoyskich - przypomina Piotr Sudoł.
Okazuje się, że 72 -letni stolarz w misji Quipeio pamięta hrabiego i jego żonę Marię. Groby zmarłego w wieku 15 lat syna Zamoyskich, Mateusza, oraz Michała i Haliny Dekańskich są na przymisyjnym cmentarzyku.
- Zamoyscy byli w okolicy bardzo poważani. Tubylcy mówili na nich Conde i Condencia, bo w języku M’bundu Conde oznacza Michał. Byli bardzo dobrze sytuowani, w latach 50. XX w. jeździli dużą europejską furgonetką. Uprawiali ananasy, jabłka, pomarańcze, mandarynki, eukaliptusy. Hodowali świnie, kozy i krowy. Nowak spędził w cieniu potężnych eukaliptusów około miesiąca - przypomina pan Piotr.
Fazendy Boa Serra i Nova Era odnaleźli w buszu. Rozłupane mury porastała trawa i mchy. Widok z rysunku pani Marii w pamiętniku Kazimierza Nowaka się zgadzał, tak jak i pozostałości po schodach dworku Zamoyskich.
- Synku! Mężu! Tato! A co wy tam w ogóle jecie? – Mirosław Wlekły przytacza pełne troski pytania z Polski. - Radzimy sobie... Dziecięce kaszki, jakieś płatki – to wieziemy z kraju. Do tego kupiona w miejscowym markecie okropna kawa z cykorią, zazwyczaj czerstwe bułki – jeśli w ogóle mamy szczęście je kupić, niedogotowane z powodu małej ilości butli gazowych makarony z sosami w proszku i konserwy. W miejscowych sklepach króluje tuńczyk i sardynka. Zazwyczaj jest też „akurat” ostatnia puszka z jakąś podejrzaną wędliną. Zawsze tę ostatnią kupujemy, bo czterech chłopa, do tego na rowerach, bez mięsa ani rusz. Na przydrożnych targach wygłodniali rzucamy się na smażone w podłych warunkach kurczaki i, dla bezpieczeństwa żołądków, zalewamy piri-piri, sosem z najostrzejszych tu papryczek.
Jak pisze pan Mirosław na www.afrykanowaka.pl: „Poza tym – w sklepach nie ma nic albo prawie nic. Półki świecą pustką. I wcale nie z powodu – jak dawniej w Polsce – niedostępności towarów, ale braku na nie klientów.
Angolczycy, nie licząc aż nazbyt zamożnej tu elity, głodują, choć deszcze padające od września do maja, sprawiają, że niemal przez cały rok ziemia rodzi jak opętana. Ale głodują, bo nie chce się im wyjść w pole. Bo nie mają wiedzy o agrokulturze. Bo brakuje sprzętu. - W czasie wojny UNICEF nauczył Angolczyków, że jedzenie jest za darmo. Rozdawał na lewo i prawo, bez opamiętania. Wojna się skończyła, a ludzie nadal chcieliby dostawać – uważa Nascimento Dinis, nauczyciel i filozof z Huambo. I kółko się zamyka. Gdzieniegdzie można kupić papaje, mango albo banany. Szczególnie te najmniejsze, nazywane srebrnymi (prata), przypadły nam do gustu. Zajadamy się abacaksi, słodszą odmianą ananasa. Masło? Ser? Dżem? Mleko? Marzenie ściętej głowy. "
Fot.: www.afrykanowaka.pl