Safiri pełna wrażeń
Dodano: 2010-07-12 11:42:17
Rozmowa z Radosławem Okieńczukiem - szczecinianinem, który uczestniczył w 7. etapie wielkiej sztafety „Afryka Nowaka" - „Kongo Safiri".
- Czy trening na nartach biegowych, który stosowałeś pracując w Norwegii jako nauczyciel... snowboardu i tam się przygotowując do wyprawy, się przydał podczas niemal 7 tygodni w Afryce?
- Tak, choć pierwszego dnia przejechaliśmy na rowerach ledwie 12 kilometrów. Trasa była jednak trudna, cały czas pod górę, musieliśmy więc pchać nasze obciążone ekwipunkiem pojazdy. Obawialiśmy się, że w takim tempie pokonanie etapu „Kongo Safiri", który biegł przez Rwandę, Burundi i Kongo, zajmie nam pół roku, a nie dwa miesiące. Jednak szybko się przyzwyczailiśmy do wysokiej temperatury, dużej wilgotności i wysiłku. I to tak, że po bardzo ekstremalnym przejeździe 700- kilometrowego odcinka przez Kongo, co nam zajęło ponad tydzień, w Chingola- w Zambii- gdzie przekazywaliśmy pałeczkę-książkę zmiennikom, byliśmy 3 dni przed czasem.
- Wraz z opolaninami, Światosławem Rojewskim i Joanną Kardasińską, wykazałeś się detektywistycznym nosem, podążając trasą Kazimierza Nowaka. Na przykład w Rwandzie ...
- Zrobiliśmy małe dochodzenie i dzięki pomocy Rwandyjczyków wiemy, że Nowak nie spotkał się z królem Mutarą I i jego rodziną, lecz z Mutarą III. Na bezpośrednie ślady bytności naszego samotnego podróżnika nie udało się trafić, ale korzystając z jego listów i książki „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd", dotarliśmy do miejsc, w których był niemal 80 lat temu. W Kalemie - dawnym Albertville- znaleźliśmy pocztę zbudowaną w 1930 roku, w której Nowak trzy lata później wyczekiwał na listy od żony i części do roweru. Zwiedziliśmy m.in. katedrę w Lubumbashi, ośrodki misyjne . Zawiesilśmy około 12 tabliczek upamiętniających Nowaka - w suszoną glinę łatwo wbijać gwoździe (śmiech)...
- Bywaliście też na rwandyjskich salonach...
- Polka mieszkająca w Rwandzie umożliwiła nam spotkanie z konsulem honorowym RP, ministrem sportu i kultury, mediami,a także prezydentem rwandyjskiej federacji kolarskiej, który zaposił nas do udziału w przyszłorocznym „Tour de gorilla".
Ale nie tylko bytność na salonach miło wspominamy. Na nocleg rozbijaliśmy się, gdzie popadnie. Miejscowa ludność bez problemu się na to godziła, zapraszała nas na ogniska, dzieliła się strawą. To, że podróżujemy na rowerach, było oceniane bardzo pozytywnie. Tak jak i to, że usiłujemy - znając ledwie kilka słów - porozumieć się w tamtejszych językach i narzeczach, że wymieniamy z nimi uścisk dłoni. Ta wzajemna otwartość sprawiała, że nie natrafialiśmy na bariery w kontaktach.
- Wielu Europejczykom kraje, które przemierzaliście, kojarzą się z niebezpieczeństwem, konfliktami narodowościowymi, nędzą. Po prostu Afryka dzika...
- Nie należy ulegać uprzedzeniom i stereotypom. W dużych miastach, stykając się z urzędnikami, widzieliśmy korupcję. Ale udało się nam w Kongo wywinąć z fikcyjnych opłat i to tak, że nasza finansowa rezerwa - „na łapówki"- ocalała. Na prowincji ludzie byli mili i serdeczni. I my, i oni byliśmy siebie wzajemnie ciekawi, więc problemów nie było, a nasze opowieści o Nowaku i idea wyprawy robiły furorę. Wśród mieszkańców Afryki największe zdumienie wywoływało to, że mam tylko jedną siostrę, że nie założyłem jeszcze rodziny...Na mnie zaś wylegujący się mężczyźni z piwem bananowym w garści, a pracujące na polu kobiety. A także swoiste poczucie czasu i odległości. Mówiono nam, że mamy np. do przejechania kilometr, z którego robiło się 20.
- A jak dieta, zdrowie i brennabory?
- Rowery - mimo obciążenia, kamieni i wyrw na drogach, spisały się doskonale. Usterki były rzadkie, a naprawy drobne.
Jedliśmy głównie bukari z manioku lub kukurydzy, gotowane liście kasawy, rozmaite ryby z dodatkiem ostrych papryczek pili-pili, znanych mi dotąd jako piri-piri. Jadłospis uzupełnialiśmy trzciną cukrową, bananami.
Problemów ze zdrowiem nie mieliśmy. Nie licząc tego, że musiałem wydłubywać spod paznokci piaskowe pchły, oraz lekkich przypadłości żołądkowych. Może dlatego, że się odkażaliśmy lotoko - tamtejszym bimbrem ?
- I robiliście przerwy techniczne ....na piwo. Wasi zmiennicy bardzo chwalili „afryKazki", którymi ich uraczyliście na powitanie. Co to takiego?
- To afrykańskie rogaliki Kazika. Ze Światkiem tylko pomagaliśmy Asi je piec.
- Podzielimy się przepisem z Czytelnikami „Kuriera". A jakie plany na odpoczynek po trudach afrykańskiej safiri- podróży ?
- Chcę się wybrać do Mołdawii - rowerem oczywiście.
- A Czarny Ląd już nie ciągnie ? Sztafeta trwa.
- Następne etapy są już obsadzone. Chętnie bym pojechał do Afryki, ale tym razem Zachodniej. Może w przyszłym roku się tam wybiorę.
- Dziękuję za rozmowę.
Marzenna GŁUCHOWSKA
Zdjęcia: afrykanowaka.pl