S. Flejterski: - Jest sporo argumentów za tym, że obecny kryzys jest wyjątkowy. Mamy więc szczęście żyć w ciekawych czasach. Jednak istnieją pewne podobieństwa obecnych zawirowań z latami 1929-33. Na przykład ekonomiści amerykańscy potrafią znaleźć sporo analogii - w analizie przyczyn, konsekwencji, a także programów ratunkowych. Przywołuje się między innymi - to w kontekście roku 1907 - Morgana, który wtedy uratował Amerykę, następnie Keynesa. Teraz znowu słychać: jak trwoga, to do Keynesa, Stiglitza, Krugmana, czyli do rozsądnego interwencjonizmu.
Jaki kryzys!?
Z. Jasina: - Skoro sytuacja jest tak wyjątkowa, dlaczego tak długo nie było (i nie jest) jasne, czy ten kryzys w ogóle jest. Na czym polega problem z opisem tak ważnych zjawisk: na upolitycznieniu wszelkiej debaty w Polsce (jak opozycja mówi: jest kryzys, to rząd: nie ma kryzysu), na słabości ośrodków niezależnych, w tym ekonomicznych?
S. Flejterski: - Kategoria kryzys jest nieprecyzyjna, wieloznaczna i nadużywana, dlatego ekonomiści stosują to pojęcie niezbyt chętnie. Oto rodzaje kryzysu, o jakich się mówi: od zawsze jest kryzys wszystkiego, kryzys moralności w polityce, światowego kapitalizmu, USA, Unii Europejskiej, polskich finansów publicznych, walutowy, bankowy, parlamentarny, partii, rządowy, przywództwa, autorytetów, Kościoła, duchowy, obyczajowy, energetyczny, ojcostwa, gazowy, ekologiczny, uniwersytetów, mediów. I można tak jeszcze długo.
Z. Jasina: - Ale może uda nam się skupić na kryzysie gospodarczym...
S. Flejterski: - To tak dla oczyszczenia przedpola, abyśmy - rozmawiając o gospodarce, ekonomii - pamiętali, że pojęcie kryzysu jest trudno definiowalne. A wracając do rzeczy, ja w życiu publicznym od dawna wyznaję zasadę ograniczonego zaufania. To znaczy, z założenia nie mam pełnego zaufania ani do rządu, ani opozycji. Bo rząd niemal zawsze przejaskrawia - twierdząc, że jest świetnie, opozycja prawie zawsze powiada, jak to jest fatalnie. Jak się potem rząd zamieni z opozycją, zmieniają się stanowiska i poglądy.
Natomiast co do opisu, kryzys amerykański czy światowy to sprawa dość jasna. Ale czy można mówić, że w Polsce mamy kryzys? Jeszcze nie. W Polsce można mówić o zahamowaniu wzrostu, o pełzającej recesji, o wielu sygnałach wczesnego ostrzegania. W tym roku, w ciągu paru tygodni czy miesięcy może zebrać się pewna masa krytyczna, ale na razie o kryzysie bankowym, finansowym czy gospodarczym jeszcze mówić nie można. Dane potwierdzają, że jesteśmy dość wyjątkową enklawą, podobno my i Chiny...
Z. Jasina: - To jeszcze inaczej: czy nie mamy sobie nic do zarzucenia, czy robimy dosyć - środowiska akademickie, biznesowe, media - aby słowo „kryzys” nie było np. pałką polityczną, którą opozycja okłada rząd, ale aby pomagało ludziom lepiej zrozumieć świat, w jakim żyją?
S. Flejterski: - Badacze procesów ekonomicznych czy społecznych mają duży kłopot z opisem rzeczywistości. Podoba mi się od dawna takie zdanie (nie wiem, kto je pierwszy wypowiedział): świat jest jeden, ale widzimy go przez różne okna. To jest klasyka i to jest nasz dramat. Ktokolwiek opisuje zjawiska - naukowcy czy przedstawiciele mediów czy biznesu - wszyscy mają kłopot z subiektywizmem, z pułapką stronniczości. Chcemy być obiektywni, czasem nawet wydaje się nam, że jesteśmy, ale nie sądzę, aby ktoś mógł to o sobie powiedzieć.
W tym wypadku – powtórzę, że jeśli chodzi o świat, zgoda, powinniśmy używać pojęć kryzys finansowy, a może i gospodarczy. Oczywiście, nie wiemy, co będzie dalej, jaka będzie polityka ekipy Obamy, etc. Ale wobec Polski, to uważam - szanując argumenty polemiczne - że o kryzysie wprost mówić nie powinniśmy. Choć niestety nie można go wykluczyć.
A. Wysocki: - Gdy samolot odrzutowy zejdzie na zbyt niski pułap i spada siłą inercji, to jest bum. Wtedy nie ma wątpliwości, jak to opisać. Ale cała sztuka na tym polega, aby kontrolować przyrządy i nie zejść za nisko... Jeszcze w grudniu, w ankietach badających nastroje, większość przedsiębiorców pisała, że jest bez zmian. Jednak wiemy, że konsekwencje różnych zjawisk gospodarczych wystąpią w firmach z poślizgiem. A wystąpią, szczególnie w tych słabszych. Później następuje efekt domina - ci słabi pociągną też dobrych. Ponadto gospodarka polska - także w regionie zachodniopomorskim - to w znacznym stopniu fabryki elementów, z których produkt finalny jest składany np. w Niemczech. Recesja tam dotknie i nas.
D. Więcaszek: - Silny spadek tempa wzrostu będzie miał swoje konsekwencje - dla budżetu, dla ludzi i firm. Takie spowolnienie to jest zawsze dramat dla gospodarki, nawet jeśli nie spełnia ekonomicznej definicji kryzysu. Wszystko się dobrze układa, jak gospodarka rośnie, ale przy spadku, a nawet spowolnieniu, wszędzie zaczynają się kłopoty.
Co się stało?
Z. Jasina: - Teraz nie układa się dobrze... Co się właściwie stało i co się stanie? Czy można sformułować wiarygodne prognozy, dotyczące tempa wzrostu czy stopy bezrobocia, na ten rok?
D. Zarzecki: - No cóż, mamy na świecie kryzys, a może raczej powrót do normalności. Bo szybkie wzrosty były często nieuzasadnione, sztuczne, napędzane różnymi spekulacyjnie nadętymi balonami. Ponadto pamiętajmy, że gospodarka rozwija się cyklicznie. Biegnie od optymizmu, który nakręca popyt i koniunkturę, do pewnego przesilenia i spowolnienia. Właściwie to zawsze tak jest, choć oczywiście okresy czy amplitudy cyklu się zmieniają, biegną ostrzej lub łagodniej.
Tym razem ostro namieszały instrumenty finansowe, głównie derywaty. To był bezpośredni powód kryzysu finansowego - niewłaściwe wykorzystanie tych instrumentów. Ich istotą jest bowiem łagodzenie ryzyka - to taka forma ubezpieczenia, jak polisa. Tymczasem derywaty zostały wykorzystane odwrotnie - nie jako ubezpieczenie od zmienności, a jako inwestycje, w dodatku bardzo ryzykowne. Budowano piramidy: ryzykowne kredyty były zabezpieczeniem kolejnych ryzykownych papierów wartościowych.
A skąd się to wzięło? Po pierwsze, to motyw nienowy, z nieokiełznanej chciwości. Sama w sobie chciwość nie jest zła, napędza przecież przedsiębiorczość, ale tu - pozbawiona hamulców - stała się swoją karykaturą. Silna presja na inwestorów finansowych, magia okresowych wyników podawanych na giełdę, oczekiwanie wciąż nowych rekordów spowodowały, że przestano w końcu zauważać ryzyko.
Drugi, chyba ważniejszy element to słabość nadzoru nad gospodarkami narodowymi i sektorem finansowym w dobie globalnej gospodarki. Teraz wszyscy cierpimy na tym, że ogromne banki trzeba dokartelizować. Otwarte jest pytanie, co po srogiej lekcji z tym fantem dalej zrobi, aby nie było np. poczucia niesprawiedliwości.
Z. Jasina: - Jak jest zysk, to trafia do kieszeni akcjonariuszy banków, a kiedy banki poniosły wielkie straty – pokryją je podatnicy.
D. Zarzecki: - To jest właśnie niesprawiedliwe. W normalnym biznesie jak ktoś źle zainwestuje, to przegra pieniądze, i koniec. A w tych wielkich bankach zaryzykowali bardzo ostro, i jak nie wyszło, to menedżer najwyżej stracił pracę - odszedł z wysoką odprawą.
Polska w tym chaosie jest rzeczywiście dość zdrową enklawą. W dodatku bez tych groźnych, toksycznych instrumentów finansowych. Jednak ta enklawa otoczona jest krajami, które kryzys przechodzą. Te nici powiązań z zachodem spowodują, że wystąpi i u nas wyraźne spowolnienie. W jakiej skali? Gdyby ktoś dzisiaj gwarantował Polsce wzrost PKB 2 procent w 2009, to ja by to wziął w ciemno. To byłby przyzwoity wynik w trudnych czasach.
D. Wiecaszek: - Myślę, że mamy szanse na te 2 procent, bo jednak oddzieliłbym kryzys finansowy od gospodarczego. Na świecie kryzys finansowy pociągnął za sobą gospodarczy, natomiast w Polsce kryzys finansowy istnieje raczej tylko w sferze medialnej. Ja rozumiem, że banki wyciągają ręce po publiczne pieniądze, czy korzystając z okazji domagają się obniżenia rezerw obowiązkowych. Jestem przekonany, że banki polskie mają dzisiaj dużo pieniędzy; wiele z nich ma nadpłynność, pieniądze lokuje w obligacjach i innych papierach, zamiast puszczać na rynek. Tak na wszelki wypadek, bo to bezpieczniejsze.
Jednak myślę, że to polityka chwilowa, bo banki muszą zarabiać, maksymalizować zysk i będą wkrótce zmuszone puszczać znowu pieniądze w ruch. A to pozwoli odbudować w części popyt wewnętrzny, zwłaszcza na rynku mieszkaniowym, czy w budownictwie. Oczywiście te branże z powiązaniami globalnymi będą “siadać”, jak przemysł motoryzacyjny, w naszym regionie niewiadomą jest też np. przemysł drzewny mocno związany z eksportem mebli.
A. Wysocki: - Firmy usługowe, które pracują w oparciu o kredyt obrotowy i niskie marże, jak chociażby hurtownie czy też spedytorzy, podobnie budownictwo, itd. itd. Lada moment okaże się, że będziemy świadkami serii bankructw, szczególnie tam, gdzie nie ma wsparcia w większej grupie. Spójrzmy na unijne wskaźniki nastrojów gospodarczych - w październiku pogorszenie o 7 proc., w listopadzie o 7,8 proc. Ta niepewność, trudny pieniądz etc. muszą się przekładać na decyzje inwestycyjne w firmach. Nie powiem nic odkrywczego: to będzie trudny rok.
D. Zarzecki: - Rozmawiałem ostatnio z dyrektorem Dolnej Odry - po zużyciu energii też widać, że fabryki nie pracują pełną mocą, w„Policach” sprzedaż stanęła, indeks rynku shippingowego spadł dziesięciokrotnie. Takich sygnałów jest wiele, więc fala bankructw i zwolnień w firmach jest nieunikniona. A pamiętajmy, że zwolnienia grupowe są drogie, więc to dodatkowe brzemię dla przedsiębiorstw w tarapatach.
D. Więcaszek: - Potwierdziliście panowie ekonomiści, że tak naprawdę ruchów gospodarki, tak jak pogody, nie można przewidzieć. Zbyt dużo jest czynników zmiennych i takich pojęć, które Donald Rumsfeld nazywa nieznanymi niewiadomymi. To znaczy, my nie wiemy jeszcze, czego nie wiemy. Bo panowie mówili o przeszłości, o tym co działo się w Ameryce, etc. Ja zapytany parę dni temu o kryzys, odpowiedziałem coś takiego: nie wiem, czy to jest już ten kryzys, który zadecyduje np. o zmianach w tak ogromnym przemyśle światowym jak motoryzacja. Nie wiem, czy to już ten moment, kiedy na kryzys gospodarczy nałoży się kryzys energetyczny i ropa przestanie być najważniejszym źródłem energii na świecie. Dziesięć lat temu nikt by takiego akurat kryzysu, jaki mamy, nie przewidział. I następnych, które nas czekają w przyszłości też naukowcy nie przewidzą.
Dla mnie jako przedsiębiorcy ten kryzys ma zasadniczo inny przebieg niż np. ten w 2000 r. Wtedy mówiono, że nic się specjalnego w gospodarce nie dzieje, a my, przedsiębiorcy przez dwa lata odczuwaliśmy brak pieniądza na rynku. Było coraz trudniej o kredyt kupiecki, wydłużały się terminy płatności. Trzeba było oszczędzać w firmach, zwalniać ludzi.
Nie ma tego złego...
A. D. Liskowacki: - Czy kryzys to tylko nieszczęście? Może pozwoli nam trzeźwiej rozejrzeć się wokół i odkryć, jak naprawdę sprawy się u nas mają: w polityce i gospodarce, w kraju i regionie?
A. Wysocki: - Zapomnieliśmy już, że w greckiej genezie słowo kryzys oznacza wybór, zdecydowanie, walkę, w której konieczne jest działanie pod presją czasu. Kryzys jest częścią naszego życia, dotyczy nas wszystkich, jest spodziewany a nawet pożądany. Wymaga od nas zmiany, podejmowania nowych wyzwań i zadań. Z drugiej jednak strony, sytuacje kryzysowe wywołują w świadomości społecznej kształtowanie postaw zachowawczych, często rezygnację, a nawet skrajny krytycyzm wobec rzeczywistości. Zamiast poszukiwania rozwiązań sytuacji trudnych, rozwiązań innych niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
D. Więcaszek: - Nie ma doświadczonego przedsiębiorcy, który nie przeszedł bankructwa. Ja przeżyłem i wiem, ile to człowieka kosztuje – nie tylko pieniędzy. Jednak takie dramaty rzeczywiście uczą innego spojrzenia na świat, np. większej odpowiedzialności za firmę, pracowników.
S. Flejterski: - Zgadzam się, że kryzys jest naprawdę wielką szansą. Tak do tej pory było. To banalne stwierdzenie trzeba jednak przełożyć na praktyczne recepty w rożnych obszarach. Co robić? Jedne recepty są takie Schumpeterowsko-Friedmanowskie, czyli bardziej wolnościowe: najlepiej prawie nic nie róbmy, zostawmy sprawy własnemu biegowi. W czasie kryzysu chorzy odpadną, zdrowi przetrwają. Druga filozofia jest bardziej Keynesowska, do której teraz i Obama i Sarkozy wyraźnie nawiązują. Wiele krajów – USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy – już wydały, lub zadeklarowały, gigantyczne kwoty na walkę z kryzysem. Zwycięża etatyzm, interwencjonizm, nastawienie na wydawanie wielkich pieniędzy.
A. D. Liskowacki: - Które będą spłacać następne pokolenia...
S. Flejterski: - Właśnie; ja myślę, że reakcja polskich władz powinna być bardzo wyważona; zadłużyć się jeszcze bardziej jest łatwo. Jednak radykalne powiększanie deficytu i zadłużenia to prosta droga do samobójstwa. Cieszę się, że dzisiaj największa partia opozycyjna nie rzuca inwektyw i populistycznych haseł. W trudnych czasach populizm łatwiej znajduje słuchaczy. Kiedyś robotnicy w stoczniach mówili: socjalizm tak, wypaczenia nie. Dzisiaj u Sarkozego słyszymy: kapitalizm tak, wypaczenia nie.
D. Zarzecki: - Powiedziałbym, że kryzys to szansa na światły interwencjonizm, na który powinno być miejsce m.in. w gospodarce morskiej. Przecież choćby stocznia (pamiętając o licznych własnych winach menedżmentu i pracowników) jest w dużej mierze ofiarą braku długofalowej wizji państwa. Przemysł stoczniowy akurat nie jest obszarem kwitnącego liberalizmu. Spójrzmy na Stany Zjednoczone – w tej najbardziej liberalnej gospodarce świata jest specjalna ustawa dotycząca stoczni, która uznaje ten przemysł za strategiczny i narodowy. Korea wspiera swoje stocznie od lat, podobnie Japonia, Wietnam, Chiny wiadomo, w Europie Niemcy, Włosi to samo. A w tym towarzystwie my – nagle tacy święci i liberalni. Przecież to bez sensu. Trzeba było się rozejrzeć, popatrzeć jak robią inni – np. Duńczycy, którzy mają Danish Shipping Fund, i wybrać jakiś rozsądny pomysł. W tym duńskim funduszu stocznie są wspierane m.in wpływami z shippingu. To jest przykład światłego interwencjonizmu, do którego zachęcam. U nas nie było żadnego spójnego, kompleksowego pomysłu na politykę morską.
A. Wysocki: - Byłem 4 grudnia uczestnikiem debaty największych europejskich armatorów, którzy zastanawiali się, dlaczego tak się stało. No i ci najwięksi zaczęli przyznawać, że „poniosło” ich, jeśli chodzi o liczby zleceń na budowę statków, wielkość jednostkową tonażu, że pociągały ich ruchy spekulacyjne na rynkach finansowych, itd. Jedną z konkluzji była ta, że trzeba się rozglądać z pozycji sępa: kogo można przejąć czy kupić z tych najsłabszych i najmniejszych. Bo kryzys czy spowolnienie to też zawsze przygotowania do nowego rozdania.
Natomiast tutaj, w Szczecinie, brakuje mi odpowiednika sopockiego Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową - instytucji przygotowującej niezależne badania i opracowania. Potrzebujemy autentycznie niezależnej jednostki naukowo-badawczej, grupującej także liderów organizacji pozarządowych. Szczególnie w okresie kryzysu potrzebni są liderzy, ludzie kreatywni, odważni, z których wiedzy i umiejętności mogą czerpać inni, m.in. za pośrednictwem mediów.
Chodzi o to, aby „zrobione po szczecińsku” nie kojarzyło się tak, jak to parę lat temu skwitował S. Tym, który zmarzł w zimnym pociągu w drodze ze Szczecina do Warszawy. Zaproponował potem (w felietonie w „Rzeczpospolitej”), aby zamiast „spieprzyć” używać frazy „zrobić po szczecińsku”.
Aby to odwrócić, musimy nagłaśniać takie wydarzenia, jak wyróżnienie Wektorem 2008 dyrektora Polskiej Żeglugi Morskiej Pawła Szynkaruka, przez Konfederację Pracodawców Polskich. Z nazwiskiem dyrektora utożsamiane jest oczywiście przedsiębiorstwo i marka rynkowa PŻM.
A. D. Liskowacki: - Wtrącę zatem, z całą skromnością, że „Kurier Szczeciński” to też już szczecińska marka. Oto statuetka, którą otrzymaliśmy jako Dziennik Roku 2008.
A. Wysocki: - Właśnie, marka, umiejętności eksperckie, to są wartości niematerialne... Jest w Szczecinie i regionie wielu świetnych ludzi, ale marnujemy tutaj kapitał ludzki. Najlepsi wciąż nam wyjeżdżają, a tutaj nie mamy choćby macierzy zawodów pożądanych - w kontekście ośrodków doskonalenia kadr czy szkolnictwa zawodowego. Bo nie każdy musi być magistrem marketingu czy zarządzania. To są określone zaniechania.
D. Więcaszek: - Mądrość rządzących jest wtedy właśnie najbardziej potrzebna, kiedy pojawiają się oznaki kryzysu. Przewidując, co się będzie działo i korzystając z dostępnych możliwości, złożyliśmy - Północna Izba Gospodarcza wspólnie z Uniwersytetem Szczecińskim - parę miesięcy temu w Wojewódzkim Urzędzie Pracy projekt stworzenia namiastki takiego instytutu monitorującego rynek, badającego potrzeby pracodawców, m.in. pod kątem szkolnictwa zawodowego itd. Projekt został bardzo źle oceniony, bo... wybiegał w przyszłość. Najlepiej doraźnie łatać dziury.
D. Zarzecki: - Sytuacja Polski byłaby inna, bylibyśmy lepiej przygotowani na trudności, gdyby były już np. drogi i autostrady. To jedno z najgorszych zaniechań i zaniedbań wszystkich rządów po 1989 r. To właściwie zbrodnia - od lat słyszymy “trzeba”, “powinniśmy” itd., a to przecież dość proste zadanie, od dawna znany jest patent na budowę dróg. Jeśli spojrzymy na Szczecin i nasz region, to przecież konsekwencje braku autostrady A3 i innych dróg dla portów i atrakcyjności inwestycyjnej są oczywiste.
D. Więcaszek: - Dorzucę inny przykład: wieczyste użytkowanie. Od lat trąbimy, że to coś, co na świecie nie istnieje, w dodatku program rządzącej obecnie partii zapowiadał likwidację tej dziwacznej formy ni to dzierżawy, ni własności. A tu miasto zarzyna złotą kurę, dusi gospodarkę szczecińską, zwiększając stawki za wieczyste użytkowanie: dzisiaj czterokrotnie, w zeszłym roku pięciokrotnie. Pod Pazimem cena za wieczyste rośnie 2000 procent... Dyrektor PZM mówi tak: stawialiśmy budowlę na terenie, którego nie mogliśmy być właścicielem, co już jest ewenementem w skali świata, stworzyliśmy wartość dodaną dla miasta i regionu, i teraz jesteśmy karani tym skokiem stawek. Gdzie tu sens, gdzie myślenie o przyszłości? Liczy się tylko większy bieżący dopływ gotówki do kasy miasta. Potem się dziwimy, że nie ma przemysłu w Szczecinie.
A.D. Liskowacki: - A potem się dziwimy, że nie widać w Szczecinie nowych dużych inwestorów.
D. Więcaszek: - Może być nawet gorzej, bo ci którzy są, uciekną. Dziś wyprowadzka to żaden problem; można kupić ziemię tam, gdzie przedsiębiorców się nie karze, i szybko zbudować tam zakład od podstaw. Teraz nie buduje się fabryk na kilkadziesiąt, sto lat, jak w XIX wieku. Liczą się technologie i linie produkcyjne, a same mury, hale mniej – można je szybko postawić lub przenieść.
Dobre rady na ciężkie czasy
Z Jasina: - Bez względu na to, jakich pojęć użyjemy stawiając diagnozę, wchodzimy teraz w miesiące, jeśli nie lata, chudsze. Jak w takich czasach – np. prowadząc działalność gospodarczą – powinniśmy zmienić nasze postępowanie?
S. Flejterski: - Cierpliwie róbmy swoje. Mimo kryzysu i zawirowań do Szczecina wchodzi centrum UniCredit...
D. Więcaszek: - W gospodarce, jak w życiu, jest czas świętowania i czas zaciskania pasa. Myślę, że doświadczenie z poprzednich trudniejszych okresów już procentuje. Dzisiaj przedsiębiorcy już chyba nie popełniają tego błędu, który popełnili przy poprzednim spowolnieniu. Wszyscy są na przykład bardzo powściągliwi w wydawaniu pieniędzy, to są po prostu dojrzalsi ludzie. Mamy za sobą święta – imprezy w firmach były zdecydowanie skromniejsze, mniej huczne. To nie świadczy o kryzysie, ale o ostrożności i mądrości.
D. Zarzecki: - Popieram ten apel o racjonalność w wydatkach. Czasy łatwego pieniądza, taniej siły roboczej, taniej energii właściwie się skończyły. Teraz trzeba liczyć w firmie każdą złotówkę. Ponadto analizy: kalkulacje nowych działań, wchodzenia w nowe obszary, nowe inwestycje – ale ze starannym ważeniem kosztów i ewentualnych zysków. Radziłbym również, po tej lekcji z nieszczęsnymi opcjami, szczególnie ostrożnie podchodzić do różnych “innowacji” na rynku finansowym. Trzeba pamiętać o ryzyku nadmiernego zadłużenia i najlepiej trzymać się z dala od hazardowych operacji, nawet jeśli jesteśmy do tego podpuszczani przez porządny bank. I zdrowiej jest nie oczekiwać za wiele. Umiarkowane zyski i umiarkowane zwroty z akcji to w gospodarce norma, zaś zwroty kosmiczne – to wyjątek, a nie punkt odniesienia.
D. Więcaszek: - No i oczywiście nikt nas nie zwolni od obowiązku nauki. Działanie w kryzysie to przecież część ekonomii. Lepiej będzie dla każdego przedsiębiorcy, jeśli nie będzie przeskakiwał tych rozdziałów w pdręcznikach.
A. Wysocki: - Pozwolę sobie na króciutką “przypowieść” o dyni. Czy wiecie panowie, co się dzieje, gdy dynie są przechowywane w niewłaściwych warunkach? Na zewnątrz pojawiają się najpierw tylko drobne ciemne plamy, z czasem coraz większe i liczniejsze. Kiedy ktoś nieświadomie podniesie taką sztukę, to w tym momencie dynia się rozsypuje – zepsuta od wewnątrz. Oby ten opis nie odnosił się do niektórych firm, które odpowiednio wcześnie nie zareagują na pogarszającą się sytuację otoczenia, nie ograniczając wydatków i nie podejmując określonych działań.
I jeszcze jedno: cenię podejście społeczności protestanckiej, jak to ma miejsce na przykład w Skandynawii – w trudnych czasach pamiętają, aby podzielić się z innymi, to jest tymi, którzy aktualnie znajdują się w potrzebie. Te wartości winny być propagowane.
A. D. Liskowacki: - Może zakończmy tym optymistycznym przesłaniem, że kryzys może nas nauczyć nie tylko myślenia, życiowej i gospodarczej zaradności, ale też wrażliwości na los innych. Dziękujemy panom.
Opracował:
Zbigniew Jasina