J.M. Piskorski: - Jako historyk mam wątpliwość, czy dzisiaj mamy szczególny kryzys polityki w Polsce. Po 1918 r. nie było wiele lepiej, tylko że na wydarzenia z przeszłości patrzy się przez różowe okulary. Ten kryzys, to rezultat rozbiorów, które nam odebrały wiek XIX, kiedy kształtowała się europejska biurokracja i etos mieszczański: pracowitość, systematyczność, oszczędność.
A.D. Liskowacki: - Czyli kryzys trwa... już dość długo.
J.M. Piskorski: - Tak bym to nieco upraszczając określił, jako że Polska XX w. miała i ma problemy z polityką, nie tylko wielką, ale też regionalną. Na szczeblu lokalnym, by na nim się skoncentrować, mieliśmy przed wojną dobrze zarządzane oazy, ale średnia wyglądała dramatycznie. Nepotyzm, korupcja, głupota szalały. Dziś nie jest inaczej. Dla mnie najbardziej interesujące jest w tym kontekście, dlaczego w państwie źle zarządzanym znajdują się enklawy odmienne i co o tym decyduje. Spójrzmy na Wrocław, ale bynajmniej nie tylko.
Z. Butkiewicz: – Mnie się wydaje, że dziś polityka wchodzi we wszelkie zakamarki życia społecznego, jest w samorządach, a wydawało się, że te będą wolne od pewnych walk politycznych. One jednak zajmują się spoglądaniem w górę, a nie na problemy lokalne. Sprawy ekologii, budowy autostrad, oświaty stały się polityczne.
B. Sochański: - Polityka podlegała i podlega ocenie, i to jest normalne, bo jest to, zwłaszcza w demokracji, sztuka rządzenia pewną zbiorowością. Polacy dodatkowo są malkontentami i chętnie korzystają z prawa krytykowania. Ale polityka dzisiejsza niewątpliwie jest w kryzysie dlatego, że zaczyna odbiegać nawet od nie najlepszych wzorców ostatnich dziesięcioleci. Myślę, że ona podlega kilku uniwersalnym impulsom, które ją wypaczają. Pierwszy to jest rewolucja informatyczna, która powoduje, że informacja na temat polityków dociera szybko do wielkiego audytorium wyborców. Ona jest skrótowa, prymitywna, atakuje wyborców hasłami, a politycy, chcąc się do niej dostosować, zaczynają myśleć hasłami i na skróty, a w konsekwencji przestają zajmować się rządzeniem, czyli podejmowaniem decyzji, a zaczynają tym, żeby ładnie wyglądać.
J.M. Piskorski: - Tyle że to nie jest zjawisko typowo polskie.
B. Sochański: - To jest cecha uniwersalna, że polityk, zamiast rządzić, chce ładnie wyglądać. Druga sprawa, istotna w polityce współczesnej, to fakt, że stała się ona dla wielu młodych ludzi drogą kariery, finansowej czy zawodowej. Lokalny polityk dziś to na ogół młody gentleman albo młoda dama, którzy dobrze wyglądają, mają dobre wykształcenie, ładny wizerunek i stosunkowo mało zarabiają, przynajmniej oficjalnie. To powoduje, że młodzi ludzie idą dziś do działalności publicznej nie po to, żeby komuś coś dać, lecz po to, żeby coś z niej zaczerpnąć. Dla nich polityka to nie jest więc służba innym. Nie oni są jednak temu winni.
E. Kołodziejek: - Na pewno dzisiejsza polityka nie jest sztuką rządzenia państwem dla dobra wspólnego, nie jest to też działalność, której celem byłoby przezwyciężanie sprzecznych interesów różnych grup społecznych. Przeciwnie – dziś polityka prowadzi do tego, żeby skłócić różne grupy społeczne i coś z tego zyskać dla własnych interesów. Myślę, że najbliżej jesteśmy tej definicji polityki, która mówi, że jest to dążenie do udziału we władzy. Skutki tak pojętej polityki są na przykład takie, że słabo radzący sobie biznesmen, albo ktoś inny, daje się namówić na uprawianie polityki dla kariery, pieniędzy i partykularnych interesów jakiegoś ugrupowania. Patrzę na politykę jako osoba zaangażowana w życie społeczne, nie w politykę, ale której polityka dotyczy, jak nas wszystkich. Otóż rozbija dziś ona nawet małe zespoły pracownicze, ludzie zaczynają się nawzajem nie lubić i podejrzewać o nieprawości. Dzisiejsza polityka budzi mój wstręt, bo nie widzę u większości polityków chęci działania dla dobra wspólnego, chociaż mają pełne usta pięknych słów.
A.D. Liskowacki: - Partie nazywają się hasłowo: Prawo i Sprawiedliwość, Platforma Obywatelska i jakby niosą już w nazwach dar spełnienia naszych oczekiwań.
E. Kołodziejek: - Politycy zawłaszczają słowa, które są własnością społeczną, a oni rozumieją je po swojemu. Prawo i Sprawiedliwość bywa daleko i od prawa, i od sprawiedliwości.
A.D. Liskowacki: - A Platforma Obywatelska od obywateli.
E. Kołodziejek: - Właśnie. Politycy z różnych partii myślą, że mają prawo mówić w imieniu całego narodu, więc w ich wystąpieniach roi się od uogólnień. Jednocześnie debatę publiczną sprowadzili do żenującego poziomu wyzwisk, pomówień, insynuacji. Chciałoby się spytać: czy to mówią poważni ludzie, czy chłopaczki z boiska?
M. Paziewski: - Jeżeli jednak spojrzymy na politykę nie tylko z perspektywy walki o władzę i jej utrzymanie, ale jak na troskę o dobro wspólne, to widać sporo symptomów pozytywnych. Ludzie odkryli ogromną siłę inicjatyw oddolnych oraz referendów, angażują się w nie coraz liczniejsze i lepiej zorganizowane środowiska. Wskutek między innymi mediatyzacji polityki pojawił się wyborca znacznie lepiej poinformowany, wykształcony, zdecydowany i niezależny. Wyrazem tego było, choćby w ostatnich tygodniach, energiczne wzięcie przez mieszkańców w swoje ręce sprawy usytuowania spalarni śmieci na szczecińskich Pomorzanach. Z kolei świadectwem efektywności referendów jest, przykładowo, odwołanie prezydenta Olsztyna, podczas gdy jeszcze parę lat temu w analogicznych przypadkach nie było wystarczającej frekwencji.
A.D. Liskowacki: - U nas swego czasu się nie udało.
M. Paziewski: - Ludzie odwracają się od polityki ograniczonej do partii politycznych, które w istocie stają się swego rodzaju komitetami wyborczymi. Duży procent obywateli, podobnie zresztą jak na Zachodzie, nie interesuje się kampaniami politycznymi i nie uczestniczy w wyborach, uważając, iż werdykty te nie mają bezpośredniego przełożenia na ich życie. Według ogółu społeczeństwa politycy - tak jak i związkowcy – myślą głównie o swoich interesach. Akt wyborczy przestał już być więc najważniejszym barometrem uczestnictwa w polityce. Nie jest to zjawisko nieznane, cóż, zapewne przechodzimy od demokracji przedstawicielskiej do demokracji uczestniczącej, rośnie rola „demokracji bezpośredniej”.
Z. Butkiewicz: - U nas największy rozgłos społeczny uzyskują inicjatywy społeczne przeciwko czemuś: nie będziemy budowali spalarni czy wysypiska, podczas gdy gdzieś spalarnię trzeba wybudować. Ludzie chętniej angażują się, kiedy trzeba zaprotestować, rzadko dla osiągnięcia nowych celów.
A. D. Liskowacki: - To chyba syndrom polski: chętniej idziemy do powstań niż do pracy organicznej. Chcę jednak poruszyć inny temat: dziś od polityki odsuwają się ludzie, którzy powinni się nią zajmować, i znikają autorytety, co w polityce widać drastycznie. Z jednej strony każdy więc może być premierem, czy prezydentem miasta, z drugiej - nikt nie chce.
B. Sochański: - Coraz rzadziej przyzwoici ludzie się do tego się garną.
A. D. Liskowacki: - W 1989 r. było inaczej.
B. Sochański: - Bo ludzie, którzy wyszli z opozycji antypeerelowskiej, utożsamiali swój udział w polityce z obywatelskim obowiązkiem. Skoro doprowadzili do zmian, i to zmian pokojowych, to stwierdzili, że teraz trzeba się zabrać do pracy i próbować urzeczywistniać to, o co zabiegali. Niewielu z nich do dzisiaj jest w polityce. Dziś klasa polityczna reprezentuje poziom krytyczny, choć poczucie obywatelskości wciąż jest w Polsce znaczne.
A. D. Liskowacki: - Klasa nie ma klasy.
B. Sochański: - Mamy system demokracji medialnej, w którym media mają zasadniczy wpływ na dobór klasy politycznej. One jednak też narzucają tej klasie styl, który polega chociażby na tym, że najlepiej babrać się w jakichś rzeczach nieistotnych. Prasa pisze niekończący się brazylijski serial o wydarzeniach towarzyskich wśród klasy politycznej, a nie zajmuje się na ogół sprawami istotnymi, jak ekologia, autostrady, stosunki zagraniczne, służba zdrowia.
E. Kołodziejek: - Czy nie jest tak, że to media kreują taki obraz polityki, jaki przeciętny człowiek ma w głowie? My często nie wiemy, co się naprawdę dzieje w sferze rządzenia państwem, bo z mediów dowiadujemy się tylko tego, że się jedna pani polityk upiła, a drugi pan polityk coś nieuczciwie kupił. Ktoś kiedyś powiedział: ludzie to lubią, ludzie to kupią. Czyżby?
A.D. Liskowacki: - Zejdźmy na grunt lokalny, ale nie tylko, i postawmy prowokacyjne pytanie: czy polityk frakcji neoliberalnej obyczajowo, który zostanie złapany z narkotykiem, powinien być pociągany za to do odpowiedzialności politycznej?
M. Paziewski: - W incydencie, aluzyjnie przywołanym przez pana, ważne jest dla mnie coś innego. Okazało się, że młody człowiek, znany mi zresztą wcześniej jako przewodniczący uniwersyteckiego Samorządu Studenckiego, już po zajściu z używkami zachował się z klasą. Na konferencji prasowej przeprosił wyborców i wycofał się z polityki. To był fakt bez precedensu, zważywszy na standardy w tym względzie panujące w Polsce. Ot, choćby eksprezydent RP, który raz kręcił o „filipińskiej chorobie”, a kiedy indziej o niedomagającej… goleni. W naszym kraju jest ogromne przyzwolenie dla wielu wątpliwych zachowań, a już szczególnie nadużywania alkoholu. Na tym tle zachowanie młodego szczecińskiego polityka, już po nagannym incydencie, wpisuje się w restrykcyjne kodeksy honorowe starszych demokracji zachodnich.
E. Kołodziejek: - Nie użyłabym słowa „z klasą”. Myślę, że to inteligentny człowiek, który realnie ocenił swoje możliwości i stwierdził, że wycofanie się jest jedynym wyjściem z sytuacji.
M. Paziewski: - Inteligencja oraz umiejętność realnej oceny sytuacji, a także decyzyjność to chyba cechy jak najbardziej pożądane u polityka. Lepsze to, niżby miał bronić stołka wbrew faktom i opiniom.
J.M. Piskorski: - Chciałbym od spraw jednostkowych wrócić do ogólniejszych. Zgadzam się, że po roku 1989 mieliśmy u nas do czynienia z jakąś krótką falą polityki obywatelskiej. Lecz zaraz wpadliśmy w stare koleiny i do dzisiaj się w nich poruszamy. Bynajmniej nie tylko dlatego, że politycy są źli, a media źle przedstawiają sytuację. Obawiam się, że nasze pokolenie nie potrafiło przekazać obywatelskich wartości polityki i zwykłej ludzkiej przyzwoitości młodemu pokoleniu. Przecież ci młodzi ludzie wyszli z naszych domów i uniwersytetów.
B. Twardochleb: - W Szczecinie z politologii.
J.M. Piskorski: - Nie tylko. Najgorsze, że oni idą do polityki, a nie wiedzą, czym jest polityka. Nierzadko uważają, że jest ona sztuką eleganckiego kłamania czy też mówienia farmazonów, które się dobrze sprzedają. Niemniej zaczynamy dostrzegać kryzys polityki, a Polacy w kryzysach sobie radzą, więc oczekiwałbym stopniowej poprawy. Zaczniemy się pewnie lepiej organizować jako społeczeństwo obywatelskie, będziemy baczniej patrzeć na programy, wymuszać zmiany. W Szczecinie mamy przykład zupełnie drastyczny, polityka z pierwszej linii, który przyznaje się, że świadomie skłamał dla osiągnięcia celu – wyboru prezydenta miasta. To przerażające, to odpycha ludzi przyzwoitych od polityki! Trzeba jasno powiedzieć, że pokolenie trzydziestolatków, które teraz jest u władzy, okazało się kompletnie nieprzygotowane do działalności politycznej, nawet jeśli osobniczo są to czasami zupełnie mili ludzie.
B. Sochański: - Dochodzimy do istotnego punktu dyskusji: co jest przedmiotem aktywności polskiej klasy politycznej? Otóż uważam, że jest nim zwalczanie się grup interesów. Nie chodzi o podejmowanie rozstrzygnięć istotnych dla życia publicznego, lecz o wykańczanie się. Polityka musi zawierać w sobie element rywalizacji, ale to nie jest rywalizacja. Tym niemniej ostatecznie polityków wybierają i oceniają wyborcy. I cóż? Jeśli wierzyć badaniom opinii publicznej, notowania polityków nie są zależne od liczby głupot, jakie popełniają. Dlaczego? W Polsce to jest wciąż wiedza tajemna.
J.M. Piskorski: - Politycy są tylko emanacją nas wyborców, a media mówią to, co wielu z nas interesuje, same więc nic nie zdziałają. To zadanie rodziców, mądrej szkoły, Kościołów, organizacji pozarządowych i mediów. Uczmy się czytać programy. Coś się pod tym względem zmienia, ale niestety sytuacja zmusza nas wciąż do głosowań stadnych, jak było z ostatnimi wyborami w Polsce i Szczecinie. Znów mamy parlament wybrany nie z uwagi na program, ale jako reakcję na permanentną i niszczącą rewolucję, zafundowaną nam przez Jarosława Kaczyńskiego i jego osobliwych sojuszników. Również nasz prezydent miasta, na którego i ja głosowałem, jest rezultatem takiego splotu sytuacyjnego. Nie ma on do dzisiaj prawdziwej strategii dla miasta, nawet chyba nie wie, co to znaczy. Ale nie oszukujmy się, nie mają jej również partie opozycyjne.
M. Paziewski: - Nawet gdyby politycy dyskutowali tylko o programach, nie można zmusić ludzi do wnikliwej lektury, podobnie zresztą jak do czytania gazet czy książek. Wybory prezydenckie w USA są najczystszym przykładem rywalizacji na wizerunki. Zwycięstwo zależy zatem - po pierwsze – od tego, który kandydat jest bardziej medialny, a po drugie – który ma za sobą sprawniejszą machinę wyborczą. O tym zaś w znacznym stopniu decydują zgromadzone fundusze. Kampania po prostu kosztuje. Dotyczy to też Polski. Uważam przy tym, że zbyt małą wagę ma u nas kryterium kompetencji, które na Zachodzie odgrywa zasadniczą rolę w promowaniu polityka, a już decydującą na etapie zdobywania partyjnej rekomendacji. Za osobowościami stoją poważne programy, mimo że przedstawiane tylko hasłowo. Nowoczesne techniki marketingu politycznego mogą czynić przekaz polityczny bardziej dostępnym dla ogółu społeczeństwa, a o to przecież i nam chodzi.
B. Sochański: - Wyborcy często decydują, kierując się emocjami, i w kampanii wyborczej trzeba do emocji się odwołać. Ale to wcale nie zwalnia tego, kto chce rządzić państwem, regionem, miastem, żeby na emocjach poprzestał. On musi mieć jakiś program, musi wiedzieć, co dla społeczeństwa chce zrobić, i nie powinno być tak, że po upływie kadencji, w czasie której tego programu, nie zrealizował, jest wybierany ponownie. Ileż można zarządzać jakąś wspólnotą, odwołując się wyłącznie do emocji? Jeżeli dojdziemy do wniosku, że można, to może nie są potrzebne wybory, tylko konkurs piękności?
E. Kołodziejek: - Ranking, teraz to modne.
A.D. Liskowacki: - Czy prawdziwa jest teza, że kryzys polityki w naszym regionie jest szczególnie wyraźny również dlatego, że mniej ostatnio mamy polityków, którymi chcielibyśmy pochwalić się w Polsce i którzy by zrobili ogólnopolskie kariery? Udało się paru miastom, nie Szczecinowi. Dlaczego?
E. Kołodziejek: - Myślę że w Szczecinie od wielu lat nie uprawia się polityki w tym szlachetniejszym znaczeniu. Tu motorem działania jest kariera, by nie powiedzieć: karierowiczostwo. Wiem, że to brzmi strasznie, ale mam ogromny żal do obecnej ekipy rządzącej miastem.
J.M. Piskorski: - Mnie się wydaje, że do 1998 r. w Szczecinie było w miarę normalnie, a kryzys szczecińskiej polityki wynika jednak z głębokiego kryzysu miasta, które porzuca swój wiejsko-robotniczy charakter. Szczeciński populizm wyrósł na bezrobociu i biedzie, na zagubieniu tożsamościowym. Może nawet populistyczne rozwiązanie było jakimś wyjściem na chwilę, aby rozładować nastroje, zwłaszcza że w Szczecinie nie można się było odwołać do tradycji i zwyczajowego etosu, jak na przykład w Poznaniu. Dlaczego jednak stan ten trwał w Szczecinie tyle lat, dlaczego nie wyrosła tutaj w tym czasie grupa zdolna przejąć władzę, odbudować jej autorytet i ją sprawnie i uczciwie sprawować, nie potrafię powiedzieć.
Z. Butkiewicz: - Chyba w naszym życiu społecznym utrwalił się dziwny etos nieodpowiedzialności. Otóż nikt za nic nie odpowiada, ale też nikt nikogo naprawdę nie rozlicza. Często natomiast zajmujemy się rozliczeniami pozornymi. W związku z tym wytworzyła się taka dziwna postawa, którą nazwałbym „niezwykle znośną lekkością bytu”. A przecież każda decyzja powinna mieć w życiu swoją wagę i za decyzje, które się podjęło dziś albo jutro, przyjdzie odpowiedzieć, Ponieważ jest powszechne przyzwolenie na unikanie odpowiedzialności, pozornie żyje nam się lekko, bo żywimy złudne przekonanie, że nie odpowiadamy ani za decyzje, ani za słowa. Jeden polityk powiedział niedawno, że słowa go niosą. No, jak cię słowa niosą chłopie, to się trzymaj z daleka od polityki.
J.M. Piskorski: - Czy doświadczenia pańskie są podobne, że kryzys szczeciński bynajmniej nie dotyczy tylko miasta? To nie jest sprawa złej woli polityków, to raczej sprawa systemowa, dotykająca całego szczecińskiego życia. Kursując przez wiele lat między Poznaniem a Szczecinem, czy Szczecinem a Warszawą, wciąż nie mogłem się oprzeć się wrażeniu, że tutaj czas jakby się zatrzymał.
E. Kołodziejek: - Podzielam pańską opinię o Szczecinie. Jestem szczecinianką od bardzo dawna i nie kryję rozczarowana tym miastem. Obserwuję młodzież, która po maturze wyjeżdża ze Szczecina w te pędy, co wcale nie oznacza, że poziom kształcenia na szczecińskich uczelniach jest niezadowalający. Ale nasza młodzież jest przekonana, że Szczecin to miasto nierozwojowe. Ucieka nam inteligencja!
M. Paziewski: - To na szczęście jest normalne, że młodzi ludzie wybierają miejsce studiowania, pracy, zamieszkania.
J.M. Piskorski: - Byłoby to normalne, gdyby inni do Szczecina przyjeżdżali, ale tak nie jest. Szczecin nie ma siły przyciągania, natomiast potrafi odepchnąć.
M. Paziewski: - W naszym kraju wybijają się cztery aglomeracje: Warszawa, Trójmiasto, Poznań, Wrocław. To kwestia wielu czynników miastotwórczych. Moim zdaniem Szczecin również ma jeszcze szansę zrealizowania swoich aspiracji metropolitarnych. Nie narzekajmy więc może na nasze miasto tak bardzo, bo jeśli jego marką stanie się powszechne malkontenctwo, to nikt młody nie zjawi się tutaj nawet przejazdem.
B. Sochański: - Mobilność młodych jest normalna, ale niestety, ze Szczecina wyjeżdżają lepsi. Przyłączam się do krytycznej oceny stanu Szczecina, uważam, że główną przyczyną niedomagań jest - z jednej strony - krótkowzroczność rządzących, a z drugiej - brak szerokiego udziału elit w zarządzaniu miastem i skąpość tych elit w Szczecinie. Ale to jest głębszy temat.
A.D. Liskowacki: - Co może sprawić, że lokalna polityka i życie polityczne w Szczecinie znormalnieją? Czy może zdarzy nam się coś podobnego, jak w tych miastach, o których mówiliśmy? Co może spowodować przełamanie złych cech szczecińskości?
B. Sochański: - W Szczecinie od 1998 r. mniej szczecinian bierze udział we władzy realnej, a moim zdaniem szczecińskość jest nam potrzebna. Potrzebne jest opieranie się na elitach, których nie ma w Szczecinie nazbyt wiele, ale które są. We wszystkich wykształconych demokracjach elity są strażnikiem podejmowanie decyzji odpowiednich. Potrzebne jest więc skierowanie się do elit, wsłuchiwanie się w głosy specjalistów od rozsądnego układania życia społecznego i gospodarczego, a nie w głosy specjalistów od p-aru.
E. Kołodziejek: - Elita związana jest z doświadczeniem społecznym, z wiedzą, więc także z wiekiem. Młodzi ludzie, którzy wchodzą dziś do polityki, tego doświadczenia i odpowiedniej wiedzy nie mają, dlatego nic dobrego w polityce nie są w stanie zrobić. Na początku powinni być asystentami ludzi z doświadczeniem, powinni się uczyć po to, żeby w przyszłości być odpowiedzialnymi politykami.
M. Paziewski: - Na początku lat dziewięćdziesiątych też młodzi ludzie brali odpowiedzialność.
B. Sochański: - Nie byli sami. Główne role grali ludzie z dużym doświadczeniem i wiedzą.
M. Paziewski: - Mimo wszystko zmiana pokoleniowa jest, nie tylko w polityce, ale we wszystkich dziedzinach, naturalną i nieuchronną koleją rzeczy.
Podobnie jak odwieczny spór: starzy – młodzi, z którego nierzadko wynikało dużo dobrego.
Z. Butkiewicz: - Myślę, że jest pożądany balans między pajdokracją a gerontokracją, entuzjazm młodości i status doświadczenia. Mnie się wydaje, że szalenie ważne jest, nie tylko w Szczecinie, żeby przywrócić rangę niezależnym ekspertom. Daleki jestem od eksponowania siebie, ale jako ekspert w dziedzinie kultury i sztuki niespecjalnie czułem się w Szczecinie wykorzystany, chociaż też nikt mi na ogół nie przeszkadzał. Ale skąd się wziął w Szczecinie ten brak zaufania do fachowców? Zawsze dziwi mnie, nie inaczej jest i w Szczecinie, że polityk wraz z otrzymaniem nominacji zachowuje się jakby doznał wszechogarniającej iluminacji i przestaje słuchać, co do niego się mówi. A przecież zadaniem polityka jest skompletowanie zaplecza eksperckiego, które przekracza krąg polityczny i znajomości towarzyskie.
E. Kołodziejek: - To racja, że w Szczecinie nie wykorzystuje się ludzi z wiedzą, lecz szuka ich gdzieś w centralnej Polsce albo rządzi po swojemu. Kto lepiej niż ekspert czy fachowiec rodem ze Szczecina wie, co jest dla naszego miasta dobre?! To, co stało się z wizją Szczecina, owymi „pływającymi ogrodami”, uważam za skandaliczne. Nikt za to nie został pociągnięty do odpowiedzialności.
J.M. Piskorski: - Szczecin czeka trudne wychodzenie ze stanu śpiączki, a wśród miejscowych polityków nie ma świadomości, jak trudny to proces. Myślą czasami, że starczy pacjentem wstrząsnąć jedną czy dwoma imprezami. Tymczasem tutaj trzeba zacząć od spraw najbardziej podstawowych: porządku i szacunku dla czasu. Spróbujmy się w Szczecinie umówić na konkretną godzinę i załatwienie konkretnej sprawy. Większość naszych rozmówców, jeśli pominąć prywatnych przedsiębiorców, jak o spotkaniu nie zapomni, to będzie nieprzygotowana, więc zakończy się ono zwyczajowym ględzeniem. Nawet do przychodni lekarskiej nadal nie można umówić się na konkretną godzinę i setki ludzi tracą czas w kolejkach.
B. Twardochleb: - Temperatura naszej dyskusji rośnie, tematu nie wyczerpiemy, co dowodzi, że trzeba dyskutować. Być może to pobudzi do krytycyzmu.
J.M. Piskorski: - Nienapastliwego.
B. Twardochleb: - Krytycyzmu wobec tego, co Zenon Butkiewicz nazwał „niezwykle znośną lekkością bytu”, która w Szczecinie trwa niekontrolowana. Wskutek tego mamy posłów, o których nie wiemy, że są posłami, i oni może też już zapomnieli, że nimi są, bo specjalnie się nie ujawniają, a w swoich okręgach wyborczych wcale. Mamy szefów partii, którzy chyba sadzą, że sami, w pojedynkę, tworzą partię, o czym można się przekonać, zaglądając na strony internetowe wojewódzkich organizacji niektórych partii. Może początkiem drogi do wyjścia ze złej sytuacji konkretnie Szczecina może być przywrócenie normalnych relacji między władzą a elitami i niezależnymi ekspertami.
J.M. Piskorski: - Istotnie szansą dla Szczecina byłby może jakiś system doradztwa, ale władza zdaje się bardziej zainteresowana schlebianiem niż rzetelną krytyką. Ona nie potrafi nawet tak zorganizować pracy urzędu, aby jej podpowiadał, co robić i ostrzegał przed błędami. Stąd takie paradoksy, że prezydent miasta chwali się programem ułatwiającym parkowanie samochodów na chodnikach, które przecież służą innemu celowi. Generalnym problemem Polski, ale w Szczecinie jest to widoczne szczególnie, jest niechęć polityków do słuchania, choć to im nie odbiera decyzji. Potrafi to bardzo niewielu polityków, a na szczeblu lokalnym można by ich pewnie policzyć na palcach obu rąk. Najczęściej podejmuje się u nas decyzję bez konsultacji, na podstawie własnej ograniczonej wiedzy. Czasami zamawia się ekspertyzę zgodną z oczekiwaniami, do której przygotowania ciągle u nas chętnych nie zabraknie, jako że pozycja niezależnego doradcy, nie uwikłanego w partyjne koterie jest u nas zdecydowanie słabsza niż na Zachodzie. Ale pamiętajmy: to polityk dobiera sobie doradców i od niego samego zależy, kim się otacza.
A.D. Liskowacki: - Chętnie rozmawialiśmy, co świadczy o prawdziwości tematu. Musimy jednak kończyć. Dziękuję za przybycie do naszej redakcji.
Opracował: Bogdan TWARDOCHLEB