Paweł Bartnik: – I to, i to. Zakręt wynika ze zmian cywilizacyjnych. Jeśli ktoś 15 lat temu rozważnie myślał o przyszłości Szczecina, to wiedział, że on nastąpi. Czy przygotowaliśmy się do niego? – mam wątpliwości. Pytanie zasadnicze jest więc takie: co więc teraz powinniśmy zrobić my – władza, społeczeństwo, menadżerowie, ludzie kultury – żeby ten zakręt bezpiecznie pokonać?
Helena Freino: – Zgadzam się, że chodzi o nieuchronne zmiany cywilizacyjne. Wiele miast na świecie i w Europie Zachodniej przeżyło je wcześniej i dziś już są na prostej jako miasta odmienione. Tak już jest, że jeśli coś nie spełnia współczesnych wymogów, skazane jest na zagładę. Nie znaczy to jednak, że są to sytuacje bez wyjścia. Podam przykład: hiszpańskie Bilbao przeżyło niesamowitą transformację w ciągu 10–15 lat i ma ogromne osiągnięcia. To był ośrodek wyjątkowo uprzemysłowiony: stalownie, stocznie i inne zakłady przemysłu ciężkiego, jednak w latach 80. nastąpił kryzys jako wynik wzrostu konkurencyjności portów Azji Południowej i upadku tradycyjnego przemysłu ciężkiego. Oparte na przestarzałych technologiach zakłady nie mogły sprostać wymogom rynku. Kryzys pogłębiła tragiczna powódź w 1983 r., był ponad 30-proc. wskaźnik bezrobocia, środowisko zatrute, dominował społeczny marazm, słowem – dramat totalny. Jednak światli ludzie uznali tam – paradoksalnie – że jest to szansa.
A.D. Liskowacki: – Taki dół, że tylko odbić się od dna.
H. Freino: – Właśnie. Kilka lat temu starałam się uświadomić władzom Szczecina, że należy zacząć inaczej myśleć o mieście. Przygotowywano wtedy nowe studium wyznaczające kierunki polityki przestrzennej. Tłumaczyłam, że dokument nie spełnia współczesnych potrzeb. Przed jego uchwaleniem nastąpiła zmiana władzy i ponownie starałam się uświadomić, że nie należy się spieszyć, natomiast winno się przygotować dokument na miarę XXI w. Jednak projekt studium uchwalono, uzasadniając, że lepszy ten niż żaden, a zmiany zawsze można wprowadzić. Ostatnio jednak coś się zmienia, czym jestem pozytywnie zdumiona. Aktualnie odbywają się międzynarodowe warsztaty urbanistyczne, związane z obszarem metropolitalnym Szczecina, na których dyrektor Wydziału Rozwoju Urzędu Miasta pan Tomasz Banach przedstawił prezentację odzwierciedlającą nowe spojrzenie na Szczecin i określającą nowe kierunki rozwoju. Wreszcie nastąpiło przebudzenie, uświadomiono sobie – pomyślałam – że nie powinno się myśleć o Szczecinie jako o mieście przemysłowym, gdyż era miast przemysłowych skończyła się parę dekad temu. Miasta orientują się na innowacyjność, badania naukowe, wysokie technologie, wyspecjalizowane usługi i z tego żyją. Jednak samo z siebie to nie nastąpi. Wygrały te miasta, które szybciej zdały sobie sprawę z konieczności zmian, które łatwe nie są, gdyż ludzie zmian się boją.
Artur Ratuszyński: – Większość elit w Szczecinie ma świadomość, że trzeba zrezygnować z priorytetu przemysłu, ale większość też wciąż o wielkim przemyśle mówi. Jak pokonać tę sprzeczność między oczekiwaniami na zmiany i jednocześnie jakąś chęcią powrotu do lat 70.?
Małgorzata Jacyna-Witt: – Niewątpliwie mamy w Szczecinie ostry zakręt, jest likwidacja Stoczni Szczecińskiej Nowej i nowy inwestor, o którym niewiele wiemy. Ale powinniśmy być bardzo otwarci i sprzyjać temu, co nowe. Nie mamy jeszcze konkretnych informacji, ale już musimy dać jasny sygnał inwestorowi, że jesteśmy otwarci na współpracę. Studium i plan zagospodarowanie przestrzennego to są podstawowe dokumenty, które kształtują przyszłą politykę miasta. Ale my sami je wypełniamy w różnej formie. Przyniosłam ciastka z małego bistro, które powstało w poczekalni Dworca Głównego PKP. Założył je młody chłopak, zawsze ma klientów. To jest przykład wypełniania miasta nowymi przedsięwzięciami. Ich może być więcej, dlatego nie jestem pesymistką, jeśli chodzi o Szczecin. Męczy mnie i denerwuje ciągłe tworzenie destrukcyjnej atmosfery, że się nie uda. Musi się udać. Jeżeli nie dzięki łagodnej perswazji, to poprzez wymuszenie, spięcie ostrogami osób, od których zależą decyzje. Damy sobie radę.
Inga Iwasiów: – Ja nie jestem pesymistką, a miejsce, w którym działam, daje nadzieję. Myślę o Instytucie Filologii Polskiej i Kulturoznawstwa Uniwersytetu Szczecińskiego – to jest środowisko, które odniosło sukces. Z mojego punktu widzenia mogę powiedzieć, że w Szczecinie dzieje się bardzo dużo interesujących i ważnych rzeczy. A jeżeli jest zakręt, to pozytywny, bo od wielu lat jesteśmy „pozytywnie zakręceni” w naszym instytucie. Co do miasta – w optymistyczną wizję, że z zakrętu szybko wyjdziemy, nie wierzę. Po pierwsze – myślę – musimy powiedzieć otwarcie, choć to trudne: zmiany bez zmiany, mianowicie takiej, że wszyscy ludzie zwolnieni ze stoczni dostaną pracę w tym samym miejscu i będzie to praca, do której mają kwalifikacje – nie, tego nie będzie. W związku z tym trzeba odpowiedzieć na pytanie: co z ludźmi? Możemy mówić, że mamy urbanistyczną wizję, ale żeby ludzie mogli z niej skorzystać, muszą mieć środki. Możemy powiedzieć, że mamy humanistyczne idee, które chętnie by dialogowały z Floating Garden, wizją roku 2050, która jest pójściem na popkulturową łatwiznę i nie ma nic wspólnego z wizją humanistyczną, ale te idee są oderwane od bazy – mówię starym językiem, ale tak w istocie jest. Myślę, że zakręt wynika z tego, że faktycznie nastąpiło oderwanie idei od bazy, że przestaliśmy widzieć świat za oknem, za rogiem, ba! – użyjmy potocznego określenia: „za winklem”. Dlatego nie wiemy, jak zagospodarować i społeczną wiedzę, i złość, i rozczarowanie, bo nie wszyscy przecież mogą otworzyć mały biznes. Mam wrażenie, jakbyśmy uważali, że Szczecin wyjdzie z zakrętu sam z siebie i nagle stanie się atrakcyjny – powiedzmy – turystycznie, co da miejsca pracy i że będziemy inwestować w kulturę życia codziennego. Tylko wciąż nie zadajemy bazowego pytania: skąd ludzie mają wziąć ten podstawowy napęd, jakim jest godziwa pensja?
M. Jacyna-Witt: – Zadajemy to pytanie, tylko nie ma jednej odpowiedzi. Do 2013 r. do wykorzystania są ogromne środki unijne, później też będą. Jeździłam do Dublina – tam place, chodniki, małe rzeczy zrobiono dzięki nim. To pozwala ludziom normalnie funkcjonować. Pod Szczecinem rozwijają się strefy ekonomiczne: Stargard, Goleniów, Gryfino. Szczecin powinien stworzyć warunki do ich obsługi i fajnego życia ludziom, którzy są i będą w nich zatrudnieni, a także tym, którzy mają podjąć decyzje, że nowe inwestycje będą właśnie w tych strefach. Musimy stworzyć klimat, który tych ludzi przyciągnie, przyciągnie też inwestorów.
Janusz Szewczuk: – Sprawy miasta, to jedna z tych dziedzin, na której wszyscy się znamy i chętnie o tym mówimy. I to jest dobre, ale nie jest dobre, że trudno z tym tematem zmierzyć się profesjonalnie, nie tylko w oparciu o odczucia i indywidualne doświadczenia. Brak w Szczecinie platformy do profesjonalnej dyskusji – to nie jest dobre. Szczecin faktycznie jest na zakręcie, ale zmiany, które następują, są wynikiem zarówno tutejszych uwarunkowań, jak i procesów uniwersalnych, których doświadczyło już wiele miast świata i które mają swój ciąg dalszy. Chodzi o fundamentalne zmiany kulturowe, zmiany strukturalne gospodarki, wynikające z globalnej organizacji produkcji, dalej zmiany technologiczne i ustrojowe. Musimy szukać ustawicznie odpowiedzi na pytania, które w związku z tym się pojawiają. Co dla mieszkańców Szczecina w ich życiu jest cenne, gdzie jest nasze miasto w globalnym łańcuchu gospodarczych powiązań, jaki popyt – na kulturę, usługi, produkty, w wymiarze ekonomicznym, ale też wymiarze aspiracji – jesteśmy w stanie wytworzyć, w jakim jesteśmy miejscu przemian technologicznych? Wokół widzimy zmiany, wynikające z nowych modeli zagospodarowania przestrzennego, rozlewanie się potencjałów na zewnątrz miast, powstawanie obszarów metropolitalnych. Taki proces też trwa w Szczecinie, co widać, gdy pojedzie się do Dobrej Szczecińskiej czy Kobylanki. Skutkiem tego średni dochód mieszkańca Dobrej jest już wyższy niż mieszkańca Szczecina, i coraz więcej nowych fabryk jest poza miastem.
Bogdan Twardochleb: – W centrum nie ma już prawie nic.
H. Freino: - Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej.
J. Szewczuk: – Szczecin nie jest wyjątkiem, jakąś czerwoną latarnią. Procesy, o których mówiłem, zaczęły się w USA w latach 50. wraz z początkiem kresu epoki pary i żelaza, kryzysem centrów miast, przenoszeniem się ich potencjałów do przedmieść. W Europie ten proces obserwujemy od lat 70. Ciężko to powiedzieć, ale my jesteśmy na początku takiej samej drogi, mamy jednak ten luksus, że możemy przyjrzeć się, jak tę drogę przeszły inne miasta: Bilbao, Malmö, Hull i uczyć się, jak wychodziły z zakrętów. Niestety, brak nam profesjonalnej dyskusji na te tematy, i transferu doświadczeń. Skutkiem tego nasz szczeciński problem polega też na tym, że my myślimy, że to, co dzieje się u nas jest wyjątkowe i jest wyłącznie naszą winą. To nieprawda.
A. Ratuszyński: – U nas łatwo wyśmiewa się perspektywę roku 2050, ale czy nie byłby ona dobra do popularnej dyskusji o sprawach miasta? Taka dyskusja byłaby bardzo ważna, bo uważam, że nam nie brak dyskusji profesjonalnej, lecz popularnej. Nam potrzeba nazwania Szczecina w prostych, popularnych słowach.
I. Iwasiów: – Debata profesjonalna nie wyklucza popularnej, one muszą się wspierać. Należy rozmawiać z ludźmi o tym, czego chcą, ale nie należy wszystkiego zamieniać w refleksję na poziomie prostego przekazu reklamowego idei Floating Garden. A w Szczecinie tak się dzieje. Ostatnio widziałam w Gdańsku przewodnik „Polskie Wybrzeże”. Szczecin wygląda w nim najgorzej. Przeczytałam tam po pierwsze, że nasze zabytki są najmłodsze, po drugie – że Szczecin jest jedynym miastem na Pomorzu, w którym można znaleźć oznakowaną trasę turystyczną, po trzecie – naprawdę! – że należy pogratulować urzędnikom miejskim tego świetnego pomysłu.
P. Bartnik: – Na pewno kierownikowi.
I. Iwasiów: – Czy szczecińskie musi znaczyć nieprofesjonalne? Skąd u nas ten uniżony i lękliwy stosunek do władzy, to lizusowstwo?
A. Ratuszyński: – Na targach turystycznych w Berlinie Łódź reklamowała się jako miasto kultury, a Szczecin ogórkiem i smalcem.
M. Jacyna-Witt: – Kiedy są dyskusje o udziale Szczecina w kolejnych targach, zawsze pada pytanie o smalec i ogórek. Ale właśnie – mamy wielką bliskość Berlina. To trzeba wykorzystać, ale na pewno nie przy pomocy ogórka. Młody człowiek w bistro na dworcu, o którym mówiłam, obsługiwał niedawno młodych Greków, którzy przyjechali z Berlina, bo się tam znudzili. Wynaleźli Szczecin, przyjechali pociągiem, żeby się pobawić, a wracając mówili, że to jest rewelacyjne miasto. Byli w jakimś klubie przy ul. Kolumba, wybawili się i zapewniali, że będą Szczecin polecać następnym. Do czego zmierzam: jeżeli choć część tych ludzi, którzy przyjeżdżają do Berlina, wylądowałaby w Szczecinie, to pieniądze, które by zostawili, trafiłyby do naszych kieszeni.
A. Ratuszyński: – To prawda, że powinniśmy się uczyć na przykładach. Belfast jest miastem prawie takim jak Szczecin. Oni tam zamknęli stocznię, w której kiedyś powstawał „Titanic”, a która zatrudniała 40 tys. ludzi. Na jej miejscu jest dziś centrum rozrywkowe, powstaje muzeum, są biurowce. Miasto odważyło się na brutalne oderwanie od pępowiny stoczniowej i wyszło z zakrętu.
H. Freino: – Na pewno nie tylko dlatego, że oderwało się od stoczniowej pępowiny, jak pan mówi. W wychodzeniu miast z owych zakrętów bardzo ważne są strategie, bo uwzględniają zarówno sferę społeczno-ekonomiczną jak przestrzenną oraz związane są z konkretnymi działaniami. Wszystkie miasta, które odniosły sukces, zaczynały od strategii, które zawierały wizję, a za tym szły programy i projekty. Jak mówił pan Szewczuk, wyludnianie się centrów miast zaczęło się w USA – sztandarowy jest przykład Detroit, którego centrum, oglądane z samolotu, wygląda jak po bombardowaniu. Ponadto rozwój technik informatycznych doprowadził do tego, iż prorokowano śmierć miast, uważając, że będzie można pracować przy pomocy komputera w dowolnym miejscu, a więc miasta nie będą już potrzebne. Nastąpił jednak renesans miast, bo ludzie chcą być razem i chcą się spotykać. Dlatego tyle się teraz mówi o przestrzeni publicznej, jakości życia w miastach, z uwzględnieniem terenów zieleni. Niestety, w Szczecinie wciąż o zieleń się nie dba, jest wręcz niszczona, a to są „płuca miasta”. I jeszcze jedno – musimy lepiej postrzegać samych siebie i nasze miasto, bo na razie postrzegamy je gorzej niż ludzie z zewnątrz. W ramach warsztatów, o których wspominałam odbyła się wycieczka po mieście i najbliższym regionie. Urbaniści z kilku państw byli zaskoczeni walorami Szczecina i jego otoczenia. Amerykanin bardzo chwalił ideę Floating Garden. Uważał, że jest fantastyczna, czemu się wam nie podoba? – pytał. Szkoda, że idea ta została w debacie z mieszkańcami miasta sprowadzona jedynie do promocji. Gdyby za nią poszła odpowiednia strategia i konkretne działania, to z pewnością wielu szczecinian zaczęłoby się z nią utożsamiać.
I. Iwasiów: – Dla mnie jest oczywiste, że z centrum nie wyprowadzimy się wszyscy do przedmieść. Z centrum Szczecina ludzie jeszcze się wyprowadzają, a do centrum Warszawy już zaczynają wracać. Dlaczego? Ano dlatego, że nie do przyjęcia jest dziś dla nas model amerykańskiej rodziny z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, z niepracującą zawodowo matką, która zajmowała się domem i dowożeniem dzieci do elitarnej szkoły w centrum jakiegoś miasta. My dziś musimy mieszkać tam, zwłaszcza młode rodziny, skąd wygodnie można wszędzie dojechać lub dojść i załatwić potrzebne sprawy.
J. Szewczuk: – Jeszcze o Detroit, bo to przykład szczególny, jeśli chodzi o ciąg dalszy wychodzenia miasta z zakrętu. Byłem tam w latach 90. i widziałem stolicę światowego przemysłu samochodowego, gdzie z wcześniej zatrudnionych w nim prawie 500 tys. pracowników zostało nieco ponad 70 tys. Rezultatem tych zmian był potężny kryzys społeczny, dzielnice mieszkaniowe zamienione w slumsy, martwe rezydencje z wystrzyżonymi trawnikami, ceny 70 proc. domów poniżej ich wartości odtworzeniowej. Ale wtedy Ameryka zaczęła się zmieniać, rząd przyjął raport, w którym zdefiniowano, że podstawą kryzysu był kryzys edukacji. Zaczął się wtedy proces wspierania najlepszych i opierania rozwoju na centrach wzrostu. Odnowa w USA nastąpiła dzięki kilku podstawowym czynnikom: programom rewitalizacji centrów miast, zmianom strukturalnym w gospodarce, upiększaniu przestrzeni publicznej i rozwojowi edukacji ustawicznej. Uczmy się na takich przykładach. Podobne proces przeżyły Antwerpia, Brugia. Malmö, Hull.
H. Freino: – Te miasta wychodziły bezpiecznie z zakrętu, bo miały wizje urzeczywistniane poprzez strategie, które były konsekwentnie realizowane.
M. Jacyna-Witt: - Nie potrafimy w Polsce pisać sensownych strategii. W Szczecinie strategia jest tworzona, tyle, że jak powstanie, będzie nieaktualna.
P. Bartnik: – Dostrzeganie, że musimy zmienić system gospodarczy, to mało, bo część polityków, dla swego politycznego dobra, nadal zaklina rzeczywistość mówiąc, że przemysł morski jest najważniejszy. Czy więc u nas też musi być jak w tych miastach, gdzie politycy zaczęli pytać, co dalej, mówić o pomysłach i koncepcjach, gdy nastąpił krach? Co ze stocznią w Szczecinie, dokładnie nie wiemy, ale dobrze jest wiedzieć, że na niej świat nie musi się kończyć. W Malmö, które dziś radzi sobie bardzo dobrze, stocznia upadła 10 lat temu. I oni wtedy zaczęli 10-letni program restrukturyzacji miasta i dziś są już gdzie indziej. Możemy wzorować się na Malmö, na uniwersalnych przyczynach kryzysu, ale pamiętać też trzeba o specyfice szczecińskiej, naszym otoczeniu, na przykład o niemieckim pograniczu.
J. Szewczuk: – Tam jest jeszcze większy kryzys.
P. Bartnik: – Jak w związku z tym rozwijać w Szczecinie usługi czy kulturę z myślą o klientach stamtąd?
J. Szewczuk: – Żeby uzmysłowić skalę trudności dodam, że w Szczecinie i miastach regionu coraz większym problemem jest „starzenie się” społeczności. W regionie są gmin,y gdzie już do 44 proc. dochodu wszystkich mieszkańców osiągają renciści i emeryci. W większości miast naszego regionu płacą oni więcej podatków niż przedsiębiorcy.
M. Jacyna-Witt: – Co więc dalej? Mówmy o konkretach.
P. Bartnik: – Zanim pojawiła się idea pływających ogrodów, Bartłomiej Sochański, ówcześnie prezydent Szczecina, rzucił hasło: Szczecin Strasburgiem północno-wschodniej Europy. Chodziło o to, żeby w strategii miasta wykorzystać specyfikę jego położenia. W Europie, poza Strasburgiem i Bratysławą, tylko Szczecin jest tak dużym miastem tak blisko granicy państwa, przy styku dwóch kultur.
M. Jacyna-Witt: – I blisko Skandynawii.
P. Bartnik: – Mimo problemów, jakie ma Pomorze Przednie, aglomerację Szczecina, jeśli chodzi o konsumentów, trzeba rozpatrywać ponadgranicznie, razem z Löcknitz i Pasewalkiem. Tylko co z tego, że my tak uważamy, skoro gdy rozmawiam o tym z decydentami w Warszawie, oni mówią, że to jest w ogóle niemożliwe, bo to polityka zagraniczna, a o niej decyduje Warszawa.
H. Freino: – My dla nich jesteśmy głębokimi peryferiami.
M. Jacyna-Witt: – Wielu decydentów z Warszawy nigdy nie było w Szczecinie. Nie wiedzą, gdzie jest granica, nie potrafili nawet doprowadzić dobrego pociągu z Berlina.
P. Bartnik: – A my tymczasem jesteśmy świadkami i uczestnikami niepowtarzalnego procesu powstawania prawdziwego kulturowego pogranicza polsko-niemieckiego. To też jest nasza rzeczywistość, trzeba to decydentom w Warszawie wyperswadować, nawet spiąć ostrogami, jak mówiła pani Małgorzata.
A. D. Liskowacki: – Spróbujmy uporządkować dyskusję. Strategie, pomysły, ich realizacja to jedno, a drugie to świadomość społeczna i możliwości, jakie z tego wynikają. W Szczecinie jest jakaś depresja psychiczna, związana oczywiście z przekształceniami i kryzysem, która powoduje, że nawet jeśli pojawia się coś pozytywnego, jak nowa „Pleciuga”, ludzie traktują to jak zjawisko z innej rzeczywistości. Jak z tego wyjść?
H. Freino: – Jeśli chodzi o poprawę atmosfery w mieście, co jest niezbędne, powinniśmy nie tylko mówić o wielkich projektach, lecz skupić się na tym, co mamy. Na przykład zadbać o Śródmieście, bo jest ono unikatem na skalę europejską. Trzeba poprawiać infrastrukturę, przekształcać obiekty postindustrialne na mieszkania, galerie, uczelnie, tworzyć nowe tereny zieleni publicznej.
P. Bartnik: – Szczecinianom potrzeba jakiegoś pomysłu, optymizmu, trzeba namówić ludzi, żeby uwierzyli w ten pomysł. Mówicie państwo o Pływających Ogrodach. Miastu nie udało się do realizacji tego pomysłu namówić mieszkańców. W ogóle takiego procesu nie podjęto.
A. Ratuszyński: – Bo to nie jest strategia miasta, lecz bardzo dobra strategia wizerunkowa, która – niestety – nie schodzi na poziom efektów. Bo jeśli mówimy o przestrzeni publicznej to plan zagospodarowania Wyspy Zielonej i Kępy Parnickiej to jest pierwsze od lat przedsięwzięcie w Szczecinie, które przestrzeń zieloną wpisuje w miasto.
M. Jacyna-Witt: – Niech ci, co mówią o Pływających Ogrodach, zrobią zieleńce na Warszewie, bo tam mieszkają ludzie, którzy płacą podatki.
I. Iwasiów: – Może Pływające Ogrody to jest dobry pomysł na przyszłość, ale jednocześnie fatalna strategia wizerunkowa, bo rozdźwięk między potocznym doświadczeniem a tą wizualizacją jest taki, że kompletnie nie możemy się spotkać.
J. Szewczuk: – W intencji twórców Pływające Ogrody powinny być atrakcyjne dla młodych ludzi, a tymczasem oni wciąż ze Szczecina wyjeżdżają. Kto więc ma wspierać tę ideę? Czy dziś Szczecin ma coś takiego, co młodych ludzi zatrzyma, co przyciągnie nowych z zewnątrz? Miasto musi stworzyć warunki dla nowych inicjatyw. Kiedyś było to Szczecińskie Centrum Przedsiębiorczości, mała przestrzeń przy ul. Kolumna i Mickiewicza, z której wyrosły dwie z trzech szczecińskich firm giełdowych. Dziś Szczecin potrzebuje dużej przestrzeni dla nowej działalności gospodarczej na miarę likwidowanej stoczni . Nie tyle nowego stadionu, co nowej przestrzeni dla nowych firm.
M. Jacyna-Witt: – Stadion też musi być.
J. Szewczuk: – Chodzi o Centrum Pomerania, nowy inkubator przedsiębiorczości na 70 tys. metrach kwadratowych powierzchni biurowej, podobnej do tej, jaką dysponują Warszawa, Wrocław czy Gdańsk. Tam ma być też Centrum Kształcenia Ustawicznego i ośrodek komputerowy udostępniający firmom specjalistyczne oprogramowanie, z serwerownią, świadczącą najnowocześniejsze usługi. To jest miastu potrzebne, to tworzyłoby nową masę krytyczną, przyciągającą młodych ludzi do Szczecina. To może być przestrzeń dla 5 tys. miejsc pracy w nowych sektorach gospodarki.
M. Jacyna-Witt: – Jestem wielką zwolenniczką wszelkich działań modernizacyjnych, ale takich, które opierają się na pieniądzach publicznych - już trochę mniej. Jeśli tworzyć takie centrum, to w oparciu o szczecińskie uczelnie. Studenci w Szczecinie to około 70 tys. osób. Kłóci się to z zarysowaną tu przed chwilą wizją miasta rencistów i emerytów. Jeżeli więc tworzyć warunki do działania na bazie pieniędzy publicznych, to dla ludzi, którzy już coś osiągnęli - na wydziale elektrycznym, chemicznym, na biotechnologii, medycynie, a nie dla paru osób, które chcą się załapać na posadę. Powinniśmy starać się o zdolnych ludzi, pozbywając się przy okazji brzydkiej wady, którą mamy, że jak ktoś do Szczecina przyjeżdża, to my go bijemy często pięścią po łapach. Ale pamiętajmy, że pytanie o wychodzenie Szczecina z zakrętu pozostanie bez odpowiedzi dopóty, dopóki nie wyjaśni się los stoczni. To dla Szczecina problem kluczowy.
P. Bartnik: – Centrum, o którym mówił Janusz Szewczuk, musi powstać także jako odpowiedź na współczesne wyzwanie technologiczne, bo żeby wyjść z zakrętu, to trzeba absolwentów różnych kierunków studiów przygotować do budowania swojej przyszłości zawodowej w oparciu o nowe technologie. Stąd wziął się pomysł, żeby stworzyć to centrum – nie dla posad urzędniczych, ale dla absolwentów uczelni, którzy po studiach będą musieli zmierzyć się z rzeczywistością.
M. Jacyna-Witt: – Centrum Szczecina nie uratuje, nie skupiajmy się na jednej sprawie.
I. Iwasiów: – Przewija się w naszej rozmowie teza, że najlepsi młodzi ludzie ze Szczecina wyjeżdżają. To jest jeden z przykładów złej symboliki, którą sami tworzymy, bo nie jest powiedziane, że faktycznie wyjeżdżają najlepsi. Patriotyzm lokalny podpowiada mi, że lepiej jest zostać i próbować coś robić. Czego mi w Szczecinie bardzo brakuje, co mi przeszkadza? Mam wrażenie, że w innych miastach ludzie są sobie życzliwsi, że potrafią się kontaktować wokół idei, inicjatyw, spraw publicznych. U nas często bywa odwrotnie. Dla przykładu: z elitarnych szkół średnich słychać: nie studiujcie w Szczecinie, bo nie warto, a szczecińskie uczelnie wysyłają sygnały lekceważące w stronę innych środowisk. Tak umacnia się łańcuszek wzajemnej nieżyczliwości.
A. D. Liskowacki: – To jest koło, które napędza złe emocje w mieście.
H. Freino: - Musimy podnieść naszą samoocenę. Wrocławianom udało się zbudować atmosferę sukcesu.
A. D. Liskowacki: – Pointując naszą rozmowę, powiem tak: nam też może się udać. Myślę tak dlatego, że mimo problemów mieszkańcy Szczecina bardzo swoje miasto czują, i nawet jeśli ich ono czasem boli, drażni, to uważają, że jest najpiękniejsze, jedyne w swoim rodzaju. Patriotyzm lokalny jest tu wyjątkowy, a to może dać potencjał emocjonalny i intelektualny, który spowoduje, że Szczecin z niebezpiecznego zakrętu bezpiecznie wyjdzie na prostą. Na tym ludzkim potencjale warto budować. Dziękuję Państwu za udział w dyskusji.
Opracował: (b.t.)