Był rok 1948, gdy wraz z rodzicami i rodzeństwem przyjechałem do Szczecina. Zamieszkaliśmy na ul. Bogusława, na środku dzisiejszego deptaku. Na placu Zgody gruzy, na ul. Ledóchowskiego (obecnie Obrońców Stalingradu) gruzy i w ogóle dużo gruzów. Ale mieszkanie w centrum miasta miało swój urok, szczególnie w tamtym miejscu. Od strony oficyny, tam gdzie dzisiaj stoi szkoła zwana im. Maciusia I, były ruiny poniemieckiego stałego cyrku ( tak, tak, w Szczecinie przed wojną był stały, murowany cyrk). Dla sześcioletniego chłopaka i jego kolegów to były wówczas piękne tereny do zabawy – wojny na kamienie, znajdowanie poniemieckiej amunicji, a czasami i kawałków broni. To była frajda ! Od strony ulicy cukiernia pana Pokrywczyńskiego z bardzo dobrymi ciastkami i lodami, po drugiej stronie piekarnia pana Samsona, rzeźnik i mleczarnia. Gdy przechodziło się obok, to zapach wędlin i świeżo upieczonego pieczywa drażnił niemiłosiernie. Gazowe latarnie na ulicy, które zapalał i gasił pan na rowerze, studnia na placu Zamenhofa.
Z wielką przyjemnością wracam myślami do tamtych lat, bo były to dla mnie beztroskie lata dzieciństwa związane właśnie ze Szczecinem, z moim miastem, które – jak się później okazało – było miastem całego mojego życia. To tu były pierwsze chłopięce zabawy, łobuzerskie bójki, pierwsza krew z rozbitej kamieniem głowy, pierwsza nauka w 22-ce na Królowej Jadwigi, a później w Pobożniaku. To właśnie tu były pierwsze sympatie, miłości, małżeństwo. To tu był pierwszy w życiu papieros i pierwszy kieliszek alkoholu. Pierwsza randka w „ Sorrento” na Mickiewicza, pierwszy piękny rock and roll i pierwsze kręcenie hula hoop w „Piwnicy” na Niepodległości, five o’cloki w „Cafe Club” na placu Lotników. Bywanie w tych miejscach należało do dobrego, młodzieżowego tonu na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego (o Boże, jak to strasznie brzmi !) stulecia, a nawet tysiąclecia! A „ Bajka", królowa nie tylko szczecińskich restauracji ? Lustrzany parkiet i stolik na podwyższeniu zarezerwowany dla króla „szczecińskiej balującej młodzieży", jak się wówczas mówiło. Nie tylko sprawy rozrywkowe utkwiły mi w pamięci. Po październiku 1956, było pierwsze działanie w harcerstwie, pierwsze obozy, na które sami musieliśmy zarobić sprzedając zebrany złom i makulaturę. Sprzedawaliśmy też lody na stadionie Pogoni. To były też pierwsze lekcje zaradności i coraz większej samodzielności. Czy takie miasto i takie miejsca można zapomnieć ? Właśnie dlatego, między innymi, po pięcioletnim okresie studiów poza Szczecinem, wróciłem do mego miasta i tu zacząłem etap mojego dorosłego życia. Pierwsza poważna praca, pierwsze dzieci, wnuki i... jak chcę o czymś przyjemnym wspomnieć, to wracam często do tamtych lat. Mam przyjaciela w moim wieku, z którym poznałem się w tych pierwszych latach pobytu w Szczecinie. Jak się spotkamy, to najwięcej czasu poświęcamy na wspomnienia tamtych lat, t a m t e g o Szczecina, a nie późniejszego, czy obecnego. Wspomnienia tamtych lat są dla nas przyjemnością, a ocena obecnego stanu miasta kończy się często słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe.
A jaką rolę odegrał w moim szczecińskim życiu „Kurier”? Oprócz tego, że był zawsze pierwszym i najważniejszym informatorem o tym, co się dzieje w mieście i w okolicy, to mam do niego taki osobisty, szczególny sentyment. Właśnie na łamach „Kuriera” pojawiło się moje nazwisko po raz pierwszy w prasie. To było chyba w roku 1953 lub 1954. W tamtych latach odbywały się festiwale filmów radzieckich i „Kurier” ogłosił konkurs na rysunek o tematyce poruszanej w tych filmach. Szczególnie lubiłem filmy wojenne. Jeden oglądnąłem chyba cztery razy, a był to „Aleksander Matrosow”. W tym konkursie zdobyłem drugą lub trzecią nagrodę - aparat fotograficzny, oczywiście produkcji radzieckiej. Tak więc nie tylko moje nazwisko ukazało się po raz pierwszy w „Kurierze”, ale i pierwszy w życiu aparat fotograficzny miałem dzięki niemu. Pamiętam, że w redakcji „Kuriera”, która mieściła się wtedy na alei Wojska Polskiego (blisko placu Zgody) nagrodę wręczał mi Andrzej Dziatlik, początkujący wówczas, a później bardzo znany rysownik karykaturzysta. A ostatni chyba raz zaistniałem w „Kurierze” 18 stycznia 2008 r., gdy opublikowano rozmowę ze mną po przejściu na emeryturę. Teraz to jestem już tylko dalszym wiernym jego czytelnikiem.