24Kurier.pl serwis Kuriera Szczecińskiego

Get Adobe Flash player

Czwartek, 17 maja 2012 roku. Dziś imieniny: Weroniki i Sławomira HoroskopPorady gwiazd

Miasto całego życia

Dodano: 2010-11-08 23:36:12

Był rok 1948, gdy wraz z rodzicami i rodzeństwem przyjechałem do Szczecina. Zamieszkaliśmy na ul. Bogusława, na środku dzisiejszego deptaku. Na placu Zgody gruzy, na ul. Ledóchowskiego (obecnie Obrońców Stalingradu) gruzy i w ogóle dużo gruzów. Ale mieszkanie w centrum miasta miało swój urok, szczególnie w tamtym miejscu. Od strony oficyny, tam gdzie dzisiaj stoi szkoła zwana im. Maciusia I, były ruiny poniemieckiego stałego cyrku ( tak, tak, w Szczecinie przed wojną był stały, murowany cyrk). Dla sześcioletniego chłopaka i jego kolegów to były wówczas piękne tereny do zabawy – wojny na kamienie, znajdowanie poniemieckiej amunicji, a czasami i kawałków broni. To była frajda ! Od strony ulicy cukiernia pana Pokrywczyńskiego z bardzo dobrymi ciastkami i lodami, po drugiej stronie piekarnia pana Samsona, rzeźnik i mleczarnia. Gdy przechodziło się obok, to zapach wędlin i świeżo upieczonego pieczywa drażnił niemiłosiernie. Gazowe latarnie na ulicy, które zapalał i gasił pan na rowerze, studnia na placu Zamenhofa.

Z wielką przyjemnością wracam myślami do tamtych lat, bo były to dla mnie beztroskie lata dzieciństwa związane właśnie ze Szczecinem, z moim miastem, które – jak się później okazało – było miastem całego mojego życia. To tu były pierwsze chłopięce zabawy, łobuzerskie bójki, pierwsza krew z rozbitej kamieniem głowy, pierwsza nauka w 22-ce na Królowej Jadwigi, a później w Pobożniaku. To właśnie tu były pierwsze sympatie, miłości, małżeństwo. To tu był pierwszy w życiu papieros i pierwszy kieliszek alkoholu. Pierwsza randka w „ Sorrento” na Mickiewicza, pierwszy piękny rock and roll i pierwsze kręcenie hula hoop w „Piwnicy” na Niepodległości, five o’cloki w „Cafe Club” na placu Lotników. Bywanie w tych miejscach należało do dobrego, młodzieżowego tonu na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego (o Boże, jak to strasznie brzmi !) stulecia, a nawet tysiąclecia! A „ Bajka", królowa nie tylko szczecińskich restauracji ? Lustrzany parkiet i stolik na podwyższeniu zarezerwowany dla króla „szczecińskiej balującej młodzieży", jak się wówczas mówiło. Nie tylko sprawy rozrywkowe utkwiły mi w pamięci. Po październiku 1956, było pierwsze działanie w harcerstwie, pierwsze obozy, na które sami musieliśmy zarobić sprzedając zebrany złom i makulaturę. Sprzedawaliśmy też lody na stadionie Pogoni. To były też pierwsze lekcje zaradności i coraz większej samodzielności. Czy takie miasto i takie miejsca można zapomnieć ? Właśnie dlatego, między innymi, po pięcioletnim okresie studiów poza Szczecinem, wróciłem do mego miasta i tu zacząłem etap mojego dorosłego życia. Pierwsza poważna praca, pierwsze dzieci, wnuki i... jak chcę o czymś przyjemnym wspomnieć, to wracam często do tamtych lat. Mam przyjaciela w moim wieku, z którym poznałem się w tych pierwszych latach pobytu w Szczecinie. Jak się spotkamy, to najwięcej czasu poświęcamy na wspomnienia tamtych lat, t a m t e g o Szczecina, a nie późniejszego, czy obecnego. Wspomnienia tamtych lat są dla nas przyjemnością, a ocena obecnego stanu miasta kończy się często słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe.

A jaką rolę odegrał w moim szczecińskim życiu „Kurier”? Oprócz tego, że był zawsze pierwszym i najważniejszym informatorem o tym, co się dzieje w mieście i w okolicy, to mam do niego taki osobisty, szczególny sentyment. Właśnie na łamach „Kuriera” pojawiło się moje nazwisko po raz pierwszy w prasie. To było chyba w roku 1953 lub 1954. W tamtych latach odbywały się festiwale filmów radzieckich i „Kurier” ogłosił konkurs na rysunek o tematyce poruszanej w tych filmach. Szczególnie lubiłem filmy wojenne. Jeden oglądnąłem chyba cztery razy, a był to „Aleksander Matrosow”. W tym konkursie zdobyłem drugą lub trzecią nagrodę - aparat fotograficzny, oczywiście produkcji radzieckiej. Tak więc nie tylko moje nazwisko ukazało się po raz pierwszy w „Kurierze”, ale i pierwszy w życiu aparat fotograficzny miałem dzięki niemu. Pamiętam, że w redakcji „Kuriera”, która mieściła się wtedy na alei Wojska Polskiego (blisko placu Zgody) nagrodę wręczał mi Andrzej Dziatlik, początkujący wówczas, a później bardzo znany rysownik karykaturzysta. A ostatni chyba raz zaistniałem w „Kurierze” 18 stycznia 2008 r., gdy opublikowano rozmowę ze mną po przejściu na emeryturę. Teraz to jestem już tylko dalszym wiernym jego czytelnikiem.

Get Adobe Flash player

Władysław Swidrów

Drukuj Poleć artykuł Zgłoś błąd
Szczecin-2c-Kurier-i-ja-pion-01
Komentarze:
Brak komentarzy
Dodaj komentarz


 
 Security code
  Akceptuję regulamin
 
Pogoda
11
na godz. 14:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Nowa książka Futbol po szczecińsku

Burzliwa i czasami dramatyczna historia szczecińskiego futbolu.

Sklepy, w których ją kupisz

Kup książkę za 19,99

(Koszt przesyłki 5 zł)

W jaki sposób dotknął Cię kryzys?
 
23%
 
13%
 
11%
 
36%
 
10%
 
4%
Jesteś świadkiem ważnego wydarzenia?

Wiesz coś, czego nie wiedzą jeszcze inni?

Chcesz podzielić się z innymi ciekawymi zdjęciami?

Powiadom nas
Get Adobe Flash player