Ireneusz Jelonek we wrześniu 1973 r., gdy przyjmował mnie do pracy Zdzisław Czapliński, był jego zastępcą. Średniego wzrostu, żylasty i nerwowy w gestykulacji, zawsze podkreślał, że dziennikarstwo to jest zawód dla twardych mężczyzn i kobiety powinny się od niego trzymać z daleka. Ten jego antyfeminizm irytował, a nawet trochę przerażał młode adeptki zawodu. Pokazywałyśmy mu więc codziennie, że warto polegać na naszej wrażliwości i rzetelności dodając z przekąsem, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle, a chłop na pewno się upije…
Miał niewątpliwie wrodzoną, ogromną intuicję. Szybko rozszyfrowywał ludzi i stawiał trafne diagnozy polityczne.
Partyjniacy z domku obok, czyli KW PZPR, lubili go i często korzystali z pomocy przy pisaniu okolicznościowych przemówień lub referatów. Zawsze wtedy wołał sekretarkę Henię, a jak jej nie było, to wolnego redaktora sadzał do maszyny i przechadzając się po pokoju dyktował w ciągu niecałej godziny 17 stron ładnych zdań, gdzie treści było co najwyżej na pół strony. Trochę podziwiano go za to, a trochę kpiono, odważniejsi czynili mu wprost kąśliwe uwagi o wodolejstwie i wtedy naprawdę się przejmował, wykreślając nazbyt fasadowe, napuszone sformułowania.
Kochał i szanował robotników. Opowiadał, że od 16. roku życia pracował w kopalniach węgla, więc wie, co to ciężka praca fizyczna. Potem został korespondentem robotniczo-chłopskim, miał na tym polu sukcesy, awansowano go szybko na instruktora w Wydziale Prasy Komitetu Centralnego PZPR. Następnie kierował różnymi działami i redakcjami w Polsce.
Legenda głosi, że tak naprawdę nie zrobił nawet matury, ale był inteligentny, szybko się uczył, sporo czytał i radził sobie całkiem nieźle w kierowaniu ludźmi solidniej od niego wykształconymi. Trochę się bał magistrów w redakcji - dobrze maskował swoje kompleksy.
Dbał o dziennikarzy zatrudnionych w „Kurierze” - kiedy przyszedł stan wojenny, jak lew bronił każdego, kogo można było obronić, szczególnie bezpartyjnych. Tych, którzy rzucili bądź podarli legitymację PZPR przy świadkach z zewnątrz lub wieszali na budynku flagi w związku ze strajkiem solidarnościowym - musiał zwolnić.
Pojmował jednak dziejowe zmiany rewolucyjne i gdy najulubieńsi koledzy przynieśli mu dymisję - przyjął ją z godnością.
Rządził w „Kurierze Szczecińskim” samodzielnie od roku 1985 do 1990. Po nim na kilka zaledwie miesięcy objął stanowisko Marek Szymczyk , a potem przyszła już epoka wyrzuconej w stanie wojennym Anny Więckowskiej-Machay. Wtedy zmieniło się wszystko: wystrój redakcyjnych pokoi, ich wyposażenie, stosunki własnościowe i polityczne. Weszła do gmachu przy pl. Hołdu Pruskiego nowoczesność, komputeryzacja i profesjonalizm.
Były naczelny Ireneusz Konrad Jelonek zaproszony na obchody jubileuszowe gazety w r. 1995 z niekłamanym podziwem patrzył na kobietę u steru redakcyjnej władzy, witał się serdecznie z koleżankami, które przyjmował do pracy. Myślę, że właśnie wtedy antyfeminizm w nim upadł ostatecznie, a może była to tylko wygodna i przekorna poza? Miał przecież trzy żony…
Danuta WYSOCKA