Świąteczna gorączka
Dodano: 2011-12-28 18:38:31
REPORTAŻ. W szale zakupów
Wychodzę z domu, jest godzina 15, Kalisz Pomorski. Na dworze zimno, szaro, niedługo święta. Świąteczne ozdoby ogrzewają chłodne popołudnie. W oknach okolicznych bloków świecą lampki.
Śniegu brak. Ludzie wbiegają i wybiegają ze sklepów. Szał zakupów trwa. Wchodzę do cukierni.
Sama słodycz
Mało miejsca, ludzie czekają na swoją kolej. Rozglądam się. Pełno ciast i słodyczy, które przyciągają wzrok. Mała lada. Jedna kasa, waga. Ekspedientka wyciąga zeszyt. Szybko notuje zamówienia, pokazuje ciasta, pakuje w papier. Nie waha się, wszystko robi niemal automatycznie. Przede mną stoi starsza pani, która cały czas zmienia zdanie. Nie wie, na co się zdecydować. Ekspedientka uśmiecha się życzliwie. Wpisuje zamówienia do zeszytu. Nadchodzi moja kolej.
Sprzedawczyni jest zmęczona. Pytam, jak dużo osób składa zamówienia, czy trudno się w tym wszystkim połapać. Wyciąga zeszyt spod lady. Przewraca kartki.
– Tutaj zapisuję wszystko. Nazwiska zamawiających, ciasta. Zapisy prowadzimy do dnia przed Wigilią – opowiada przejęta.
Przed świętami ludzie masowo zamawiają ciasta. Przychodzą, wybierają, wychodzą. Dzieje się to w takim tempie, że bardzo łatwo można się pogubić.
– Czasem jest tak, że klienci nie odbierają zamówionego towaru. Dlatego bierzemy zaliczki – mówi ekspedientka. – Nie chcemy mieć strat.
Pytam, co robią z ciastami, których nikt nie odbierze, a są świeże.
– Najczęściej je przeceniamy albo przekazujemy w celach charytatywnych. Nasza szefowa właśnie podarowała ciasta ośrodkowi dla niepełnosprawnych w Niemieńsku.
Widać, że takie akcje bardzo jej się podobają.
– Bywają dni, kiedy nie mogę już patrzeć na te wszystkie ciasta. Ale to jest moja praca – opowiada rozbawiona. – Nieraz przychodzę do domu i wciąż mam je przed oczami.
Lampki świąteczne ozdabiają wnętrze cukierni. Czuję atmosferę zbliżających się świat.
Mięsne rarytasy
Idę zatłoczoną ulicą. Mijam ludzi zupełnie mi obcych. Uśmiecham się. Szukam sklepu mięsnego. Jest. Wchodzę. Tłum ludzi. Wciskam się do małego pomieszczenia. Czuję zapach mięsa, który wkrada się w każdy jego zakamarek.
Światło jarzeniówek razi oczy. Brakuje dekoracji. Świąteczną atmosferę zostawiłem za drzwiami. Za małą ladą ekspedientka pakuje mięso do reklamówki. Potem je waży, oblicza cenę.
Sklepowe lodówki zapełnia góra mięsa. Czekam na swoją kolej. Przysłuchuję się rozmowie kupujących.
– Ja na święta potrzebuję 16 kilo mięsa. Wiesz jak to jest, trzeba wszystko podwędzić. Swojskie lepiej smakuje – opowiada niska blondynka stojącej obok znajomej. Bije od niej coś sympatycznego. Uśmiecha się. Wypakowane torby kładzie na podłodze. Wpatruje się w wystawione w lodówkach towary i zamawia dalej.
– Rodzina się zjedzie, wnuki. Muszę ich jakoś ugościć. Dobrze, że mam ludzi do pracy. Sama nie dałabym rady.
Pakuje kolejne porcje w wielką reklamówkę. I rusza do drzwi. Ugina się pod ciężarem pakunków. Nadal uśmiecha się, odwraca głowę w kierunku sprzedawczyni, mówi: do widzenia.
Przede mną w kolejce stoi jeszcze jeden pan. Minę ma pochmurną.
– Czy ten schab na pewno jest świeży? – pyta ekspedientkę. Ona zapewnia, że ledwo co został dostarczony do sklepu. Uśmiecha się. Nie jest zdziwiona pytaniem. Mężczyzna z ironicznym uśmiechem wychodzi ze sklepu. Bez słowa pożegnania.
Podchodzę do kasy. Przyglądam się kiełbasie zawieszonej na hakach. Świeże szynki, kabanosy, wszystko zachęca swoim wyglądem. Pytam, czy można zostawić zamówienie.
– Nie przyjmujemy zamówień. Ludzie nie zamawiają dużo mięsa na święta. Zazwyczaj kupują surowe, które później sami wędzą – mówi. Widać, że jest profesjonalistką.
Odwraca się i pokazuje najczęściej kupowane szynki. Duży wybór przeszkadza klientom, ponieważ sami nie wiedzą, na co się zdecydować. Kolejki w przeddzień świąt sięgają po same drzwi.
– Takie są u nas zwyczaje, ludzie wszystko kupują w ostatni dzień – opowiada ekspedientka. – Kiedy wracam do domu, wigilia jest już przygotowana. Moje dzieci się tym zajmują. Czy brzydzę się mięsa po godzinach pracy? Nie – śmieje się. – Pracuję tu już dwanaście lat, więc jest mi obojętne. Taką mam pracę.
Zbieram się do wyjścia. Ostatni raz patrzę na mięso i wychodzę zamyślony.
Co jest trendy?
Idę do kwiaciarni. Z daleka widzę budynek, przed którym równiutko ustawiono choinki. W malutkim pomieszczeniu unosi się zapach kwiatów. Oglądam porcelanowe aniołki na małych półeczkach. Nie ma żadnego klienta, więc podchodzę do lady. Za sprzedawczynią błyszczą świeczniki, szklane bałwanki, bombki w pudełkach. Czuję atmosferę świąt. Z zaplecza wychodzi blondynka. W ręku trzyma czerwone kwiaty.
– W czym mogę pomóc? – pyta z uśmiechem.
Wydaje się, że kwiaty, które trzyma, są ciężkie. Proponuję, że jej pomogę, ale ona odmawia. Opowiada.
– To jest gwiazda betlejemska. Szał tych świąt. Wszyscy chcą mieć ją w domu, ale nie mam pojęcia, dlaczego – uśmiecha się.
Ruch w sklepie jest bardzo mały. Ludzie wchodzą, pytają o cenę. Jeżeli coś jest za drogie, nie kupują, wychodzą ze smutkiem na twarzy.
Jeszcze raz spoglądam na kwiat. Dziękuję za informacje i wychodzę.
* * *
Wracam do domu. Mijam ludzi, którzy z wielkimi torbami biegają po sklepach. Czy w szale zakupów nie zapomnieli o tym, co najważniejsze: miłości, przyjaźni i wspólnym świętowaniu z bliskimi? Samochody pędzą, przechodnie mijają mnie obojętnie...
Jacek ORZECHOWSKI
(„Kontrast”, LO w Kaliszu Pomorskim)