- Ani chwili. Nie zdążyłam dokończyć maila od Basi a już miałam gorączkę 37.5. Czekałam na taką propozycję, niezbyt aktywnie ale zwyczajnie marząc, że kiedyś będzie taka okazja. Poza tym książka dla dzieci to dla mnie szczyty marzeń. No i Basia Stenka z jej niesamowitym, szczerym i organicznym językiem okazała się strzałem w moje serce. „Masło przygodowe” samo się czytało.
- Słyszała pani wcześniej o książkach Basi Stenki?
- Tak, razem z córką czytałyśmy i analizowałyśmy książki Basi. Strasznie nam się podobał ich klimat, postaci, język no i najważniejszy chyba dla mnie i mojej córki - humor. Obecny w książkach Basi Stenki taki jak kocham, lubię, szanuję.
- Zastanawiam się co ostatecznie zadecydowało o przyjęciu propozycji, wiążącej się z - było nie było - dość uciążliwymi podróżami do Szczecina?
- Cóż znaczą podróże w takiej sytuacji? Poszłabym pieszo do Szczecina, jeśliby zaszła taka potrzeba. W sytuacjach, gdy się ma do czynienia z czymś ważnym nie ma żadnych przeszkód.
- Pracowała Pani kiedykolwiek wcześniej przy nagrywaniu audiobooków czy jest to pierwsze takie doświadczenie?
- To moje pierwsze doświadczenie, wiązało się z nim parę przeżyć - strach „co to będzie jeśli nie potrafię?” z jednoczesną ekscytacją i przezornym poczuciem, że być może otwiera się przede mną nowa przestrzeń, pełna satysfakcji i przygód. Przecież to czym się zajmuję na co dzień, moja sól ziemi - kabaret, to rozśmieszanie. Nagrywając audiobooka „Masło przygodowe” i odkrywając pokłady poczucia humoru - czułam się jak ryba w wodzie. No powiedzmy… mała rybka (gupik?)
- Jak ważna była podczas prac osoba Basi? Pomagała? Przeszkadzała? Czy dyskretnie trzymała się na drugim planie (w co akurat trudno uwierzyć, znając Basię i jej artystyczny temperament!).
- Absolutnie nie przeszkadzała! Dobrze wiedziała czego chce i jak mnie poprowadzić. Działała , podpowiadając, szepcząc i cicho się śmiejąc. Dla mnie to najlepsza metoda, to mnie podkręca pozytywnie i dodaje wiary w siebie. Miałam ogromny komfort w pracy nad „Masłem przygodowym”, ponieważ za plecami miałam autorkę, co – pewnie irracjonalnie – dawało mi silne poczucie bezpieczeństwa, gdyż na bieżąco mogłam ocenić czy Basi się podoba czy nie. Przecież zawsze można było wszystko zmienić. Byłam na to gotowa.
- Czy przydało się Pani doświadczenie kabaretowe, a może zupełnie nie miało znaczenia?
- Jak najbardziej przydało się doświadczenie kabaretowo-estradowe. Poza tym 12 lat czytania mojej córce. Nawet na jej prośbę nagrałam parę rozdziałów pewnej książki, całkiem amatorsko, tylko dla mojej córki. Jak widać myśli krążyły wokół tematu.
- Jeśli Barbara Stenka jeszcze kiedyś zadzwoni do Pani z propozycją współpracy, to zgodzi się Pani bez wahania czy też ucieknie z krzykiem: „Nigdy więcej!".
- Przecież to oczywiste, że spakuję walizkę i ruszam piechotą, bo zakładam że nawet jak zniknie kolej, audiobooki Basi Stenki nagrywać będą się nadal.
- Co słychać u „Spadkobierców"? I jak właściwie udaje się Pani powstrzymywać ataki śmiechu podczas spektakli?
- Czasem się nie udaje. Wtedy wdrażam procedurę „Dorin coś rozśmieszyło”. Naprawdę działa, bo wtedy nikt nie jest w stanie stwierdzić czy śmieje się Kołaczkowska, czy grana przez nią postać... Bywa, że nie jestem w stanie ani grać, ani wymówić żadnego słowa, w środku wszystko we mnie kipi i kotłuje się, co jest bardzo przyjemnym doznaniem. Widzę dookoła tę moją dziką rodzinę i tak strasznie się wtedy cieszę, że jestem w samym centrum tego żywiołu. Pełnia szczęścia. Co słychać u „Spadkobierców”? Niech już w końcu ten ślub z Kenem się odbędzie! Bo już szału można dostać, nie pozwólmy koniom czekać…
- Niech się odbędzie! Nie mogę się doczekać, kiedy Dorin zaśpiewa Kenowi piosenkę panny młodej z tym wspaniałym fragmentem o Ursynowie... Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Berenika Lemańczyk

"Gwiazda zażądała skarpetek!"
Rozmowa z Barbarą Stenką
- Lubisz audiobooki?
- Uwielbiam! I nie tylko w sytuacji, gdy oczy wysiadają na chwilę i trzeba przejść „na uszy”.
- Uwielbiasz je, bo...
- Zawsze lubiłam, gdy mi ktoś czytał. Ale potrzeby w tym zakresie miałam tak ogromne, że rodzice kupowali mi kasety – ratując sobie życie. Upodobanie do audio zostało mi do dzisiaj.
- Sama chciałaś wydania swojej książki w takiej formie czy zostałaś
„zmuszona" przez wydawcę?
- Łódzkie Wydawnictwo Literatura planowało od pewnego czasu produkcje audiobooków, a ja miałam konkretny, dopracowany w każdym szczególe pomysł.
- Dlaczego właśnie Joanna i jak udało ci się ją przekonać, żeby
wzięła udział w tym przedsięwzięciu?
- Już pisząc „Masło przygodowe” wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek ukaże się w formie audio, to na moim firmamencie istnieje tylko Joanna Kołaczkowska. Od lat jestem pod wrażeniem jej talentu, wywarła wielki wpływ na moje myślenie, podejście do życia i do sztuki. Zauważyłam, że jej potencjał artystyczny wykracza poza to, co robi, że „tam” jest mnóstwo jeszcze niewykorzystanych umiejętności, oceany liryki i wielka siła przekazu narracji.
Napisałam mail do Asi i zgodziła się. To było dla mnie święto, nie mogłam w to uwierzyć. Ale ciach! i uwierzyłam. Tchnęła we mnie i moją książkę nowe życie. Poparcie miałam także u Hani (córki Asi), która była naszym pierwszym cenzorem i żywiołowo czuwała nad naszymi poczynaniami.
- Ile trwały nagrania i gdzie się odbywały? Opowiedz trochę o studiu i
ekipie.
- Nagrania i edycja trwały prawie trzy miesiące. Wybrałam dwuosobową ekipę studia Stobno Records: Borysa Sawaszkiewicza i Karola Majtasa. W podszczecińskim Stobnie pracowało się nam doskonale – pewnie jeszcze razem nagramy niejedną niespodziankę.
- Czy Twoja gwiazda miała fochy i grymasiła? Jak podeszła do tekstu -
aktorsko czy na kabaretowy żywioł? Jak udało Ci się ją ukryć przed
szczecińskimi fanami przez tyle czasu?
- Moja gwiazda miała masę fochów. A to trzeba było zaopatrzyć ją niespodzianie w skarpetki, a to pokazać, jak należy prawidłowo wyprowadzac psa. Czasem nawet żądała pełnego dzbanka herbaty naraz! Musiałam być przygotowana... na wszystko. Gdyby trzeba było, ściągnęłabym dla niej meteoryt z kosmosu i przydźwigała na plecach. Joanna natychmiast wyczuła styl mojej narracji, a ja od razu poczułam, że tylko ta aktorka może mówić słowami mojej bohaterki – Kasi Koniec. To było jak pasujące puzzle. Chociaż na początku musiało to być trochę niewygodne: czytać obok siedzącej blisko autorki, wbijającej przenikliwy wzrok w aparat mowy czytającej.
- No fakt, trocheśmy się ukryły przed światem na czas pracy. Czasami była jakaś czapka niewidka albo konspiracyjne czołganie się wzdłuż alei fontann czy wokół placu Lotników. Udało się.
- Luty będzie dla Ciebie ważnym miesiącem także ze względu na inną
premierę... Może kilka słów o piosenkach Stenki?
- Audiobook ukaże się 28 lutego, a wcześniej, 14 lutego - „Piosenki Stenki” (książka z płytą). Powiem w skrócie – wreszcie poezja. Od niej zaczęłam i w niej tkwię po uszy. Będą teksty piosenek do muzyki Rysia Leoszewskiego i Wojciecha Głucha.
- Trzymam kciuki za audiobooka i za poezję. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Berenika Lemańczyk