Szczecin. W niektórych szczecińskich przedszkolach publicznych rodzice „skrzykują się", by nie odbierać przesłanych pocztą powiadomień o zamiarze likwidacji placówki ich dzieci. Ani też nie odbierać od dyrektorów informacji o wspomnianych planach tutejszego magistratu. Dlaczego? Jeżeli zawiadomienia zostaną dokonane po 29 lutym, procedura likwidacyjna będzie obarczona istotną wadą prawną. Tym samym uchwały w sprawie likwidacji przedszkoli staną pod znakiem pytania.
Zgodnie z przegłosowanymi uchwałami, 20 bm. na sesji Rady Miasta, od września w Szczecinie powstaną „przedszkola-matki", które będą zarządzać kilkunastoma filiami. Rodzice obawiają się, że owe filie będzie dużo łatwiej, w kolejnych latach, np. sprywatyzować albo w ogóle zlikwidować.
Wspomniana zmiana w sieci przedszkoli wymaga, by rodzice zostali o niej poinformowani na 6 miesięcy przed planowaną likwidacją danej jednostki. Czyli do 29 lutego br. Ta ostateczna data „skutecznego powiadomienia" o zamiarze likwidacji danej placówki oraz przekształceniu jej, np. w filię, jak to jest w Szczecinie. Jako że czas goni, urzędnicy szczecińskiego magistratu zaalarmowali dyrektorów przedszkoli, by ci nawet i „stanęli na głowie", ale powiadomili wszystkie matki oraz wszystkich ojców.
Dlatego w tym tygodniu mają się odbyć specjalnie zwołane zebrania rodziców, na których dyrektorzy mają wręczać rodzicom powiadomienia o projekcie restrukturyzacji oświaty. Wtedy też każdy rodzic będzie musiał poświadczyć odbiór informacji oraz zapewnić, iż przekaże ją również współmałżonkowi. Prawo wymaga bowiem, by zawiadomienie o zamiarze likwidacji dotarło do obojga rodziców. Ci rodzice, którzy nie pojawią na zebraniu, otrzymają list polecony z przedszkola.
Dyrektorzy przedszkoli, z którymi rozmawialiśmy, nie kryli oburzenia, iż urzędnicy na nich zwalili ciężar „skutecznego powiadomienia". Zwłaszcza, że czasem może to być dość kłopotliwe: - W mojej placówce mam przypadki rodziców rozwiedzionych albo tatusiów, którzy wyjechali za granicę i tam pracują. Jak mam ich poinformować o zmianach, jakie nas czekają? - pyta jedna z pań.
Monika GAPIŃSKA