Serce pomaga
Obcokrajowiec z dalekiej Afryki bardzo dobrze mówi po polsku. Ba, mówi lepiej i piękniej od wielu naszych rodaków. Jest osobą rozpoznawalną nie tylko z powodu koloru skóry, ale także z racji wykonywanej przez siebie funkcji publicznej. Nie znał ani jednego słowa w naszym języku, gdy przyjechał do Polski osiem lat temu. Teraz może uchodzić wręcz za mistrza polskiej mowy.
Jak to się stało, że doszedł do takiej perfekcji? Czy ma wyjątkowy talent językowy, czy miał świetnych nauczycieli i uczęszczał do najlepszych szkół? Na te pytania odpowiada krótko. - Ja uczyłem się nie tylko słówek i języka, ale całego waszego kraju, historii, kultury, tradycji. Uczyłem się całym sercem, a gdy szeroko otwiera się serce, to i nauka języka jest łatwiejsza...
Święte słowa, można rzec, bo przecież ta oczywista prawda odnosi się nie tylko do nauki języków obcych, ale do nauki czegokolwiek. Jeżeli naprawdę czegoś się chce, to trzeba do tego pasji, energii, wiary w sukces i serca właśnie. Gdy sobie przypomnę, jak wielką katorgą była dla mnie i wielu moich rówieśników obowiązkowa nauka języka rosyjskiego, to nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie mieliśmy do niej serca. Bo przecież mieliśmy uczulenie na polityczną indoktrynację, na kolejne uroczyście obchodzone rocznice rewolucji, na defilady Armii Czerwonej i pokazywanych przez długie godziny radzieckich polityków, którzy niczym kukły te defilady przyjmowali na trybunach. To było o wiele ważniejsze od pokazywania nam świetnej rosyjskiej kultury z literaturą na czele. Nie chciało nam się uczyć rosyjskiego, a o sercu w tej nauce nie mogło być mowy. A przecież rosyjski to piękny język.
Czy zatem ci, którzy notorycznie kaleczą ojczysty język, nie mieli do niego serca? Trudno na to twierdząco odpowiedzieć, bo może tego serca nie mieli do nauczania języka polskiego nauczyciele? A może byli uczniowie, którzy przez całe życie nie opanowali należycie rodzimej mowy, mieli serce do czegoś innego? Może świetnie kopią piłkę albo równie pięknie układają kafelki w łazience.
Kilka dni temu miałem okazję wysłuchać opowieści nauczyciela, który opowiadał uczniom o swojej życiowej sportowej pasji. I byłaby to piękna opowieść, gdyby nie zatrważająca ilość błędów językowych, które popełniał. Ten absolwent szczecińskiej uczelni, teraz mający już na karku pięćdziesiątkę, nie przyjechał przecież z Afryki. Bo wtedy można by go było jeszcze jakoś wytłumaczyć...
Marek OSAJDA