24Kurier.pl serwis Kuriera Szczecińskiego

Get Adobe Flash player

Poniedziałek, 21 maja 2012 roku. Dziś imieniny: Wiktora i Tymoteusza HoroskopPorady gwiazd

Euro - co nam z tego

Dodano: 2010-04-07 09:35:31

Tym razem w redakcji „Kuriera Szczecińskiego" dyskutowaliśmy o europejskiej walucie. Kiedy, po co i przy jakim kursie przystąpimy do strefy euro? Jakie się z tym wiążą szanse, jakie zagrożenia? W debacie uczestniczyli: prof. Teresa Lubińska, prof. Stanisław Flejterski - ekonomiści z Uniwersytetu Szczecińskiego, Zbigniew Miklewicz - prezes zarządu Zakładów Chemicznych Police SA, Dariusz Więcaszek - prezes Północnej Izby Gospodarczej, Paweł Adamarek - dyrektor finansowy Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście,  Artur D. Liskowacki, Zbigniew Jasina - "Kurier Szczeciński". Poniżej obszerne fragmenty debaty.

Dobry czas?

A. Liskowacki:

Get Adobe Flash player
- Temat dzisiejszej debaty sformułowany jest nieco prowokacyjnie: „Euro - co nam do tego". Oczywiście "nam" nie znaczy tylko - tu, przy stole, obecnych, ale wszystkich, Polaków czy szczecinian, jakoś z gospodarką i walutą związanych. Kiedy rozmawialiśmy w ubiegłym roku w redakcji o przyszłości regionu w kontekście kryzysu, euro pojawiało się jako jeden z wątków. Mówiliśmy m.in., że z paru względów „euro by się przydało". Dzisiejsza perspektywa jest trochę dziwna, bo kryzys minął, ale przyszłość nadal niepewna. Czy to jest dobry moment na debatę w Polsce akurat o euro? Czy nie za późno na nią albo odwrotnie - nie za wcześnie?

T. Lubińska:
- Ja bym zaczęła od gratulacji dla redakcji, że zaczynamy taką dyskusję. Wtedy, gdy był moment poważnego zagrożenia kraju kryzysem, czas na taką dyskusję był na pewno mniej sprzyjający. Chociaż mam wrażenie, że i wtedy nikt w Polsce nie miał wątpliwości, że do euro trzeba przystąpić - jest tylko kwestia czasu i przygotowania gospodarki zgodnie z wymaganiami traktatu z Maastricht. Teraz jest dobry moment, żeby o tym mówić, tym bardziej że jest przygotowany program konwergencji.

S. Flejterski:
- Moje zdanie jest podobne: ani za wcześnie, ani za późno, czyli w sam raz. A poza tym szeroka debata na ten temat w Polsce powinna być nieustająca. Między innymi w redakcjach i na uczelniach - ja kieruję jednymi z siedemnastu studiów podyplomowych w Polsce, finansowanych przez NBP, pod nazwą "Mechanizmy funkcjonowania strefy euro". W każdym takim studium uczestniczy 50 słuchaczy. Moment jest więc dobry, ale za rok czy dwa też będzie potrzebna taka merytoryczna, niepropagandowa dyskusja w środowisku naukowców, przedsiębiorców, dziennikarzy, studentów...

A.D. Liskowacki:
- Właśnie, niepropagandową... Mamy sezon kampanii wyborczych; czy euro nie stanie się w tym roku znowu kartą przetargową w politycznych rozgrywkach?

D. Więcaszek:
- Może tak być, bo decyzja o wprowadzeniu euro leży przecież w rękach polityków. My tutaj się chyba zgadzamy, że im prędzej, tym lepiej, ale my nie jesteśmy politykami. A oni -  ze względu na marchewki wyborcze - lubią mieć np. możliwość manewrowania deficytami budżetowymi. Zresztą to nie tylko polski problem. Przecież to, co się dzisiaj dzieje w Grecji, a także wysokie deficyty w innych krajach, to przecież problemy spowodowane przez polityków. Rozdęte budżety, rozdęte oczekiwania konsumpcyjne społeczeństw.

S. Flejterski:
- Uczymy się, mądrzejemy i mam nadzieję, że w tegorocznych kampaniach wątek euro nie będzie już używany jako element doraźnej propagandy. Przynajmniej rozsądni politycy głównego nurtu nie będą tej sprawy nadużywać. Trzeba argumentować, liczyć, nie spieszyć się. Parę lat temu był taki moment, że mogliśmy przystąpić do euro szybko. Ale, po pierwsze, minął, po drugie - dziś i tak nie spełniamy kryteriów. A czy to będzie rok 2014, 15, czy 16 - trudno powiedzieć, i nie jest to fundamentalna kwestia. Ważne, by nie odkładać tego dalej, bo zaczniemy euro odsuwać na „święty nigdy".

Co z tą suwerennością?

Z. Jasina:
- Parę lat temu euro prowokowało u nas dość fundamentalne dyskusje, na przykład o groźbie utraty części suwerenności na rzecz instytucji ponadnarodowych. Czy  te obawy są nadal aktualne w świecie, w którym nawet Niemcy zrezygnowali ze swojej narodowej dumy - marki?

D. Więcaszek:
- Dodajmy, że nadal dwóch na trzech Niemców tęskni do marki.

S. Flejterski:
- A o euro mówią złośliwie „teuro", że niby w euro drożej... Nieraz się nad suwerennością w tym kontekście zastanawiałem. „Narodowcy" mają do tego oczywiście bardziej pryncypialne podejście, którego ja nie podzielam. Suwerenność w ujęciu XIX-wiecznym, a nawet jeszcze XX-wiecznym dzisiaj - w warunkach integracji, dobrze pojętej globalizacji - nie ma już większego sensu. Dlaczego? Współzależność współczesnych państw sprawia, że właściwie tej tradycyjnej suwerenności już nie ma. Nawet kraje z grupy G2, czyli dwa najważniejsze dziś: Stany Zjednoczone i Chiny - za chwilę może w odwrotnej kolejności - również nie są suwerenne w XIX-wiecznym sensie.

Z. Jasina:
- Czyli „no problem"?

S. Flejterski:
- Nie twierdzę, że suwerenność nie jest wartością. Oczywiście jest, szczególnie w takim kraju jak Polska, któremu udało się ją cudem przed dwudziestu laty odzyskać. Jest bardzo cenna, ale znika. Pamiętajmy też, że euro to tylko narzędzie. Tej podstawowej, narodowej suwerenności jednak nas nie pozbawi. Tego bym się nie obawiał. Prędzej można suwerenność utracić z powodów gospodarczych, gdybyśmy np. pozostawali zacofani, wolniej rozwijający się od sąsiadów, etc.

Z. Miklewicz:
- Podzielam poglądy pana profesora, natomiast - jakby uzupełniająco - chciałbym dodać, że waluta to nie jest tylko problem suwerenności, ale również pewnej wygody. Ten, kto ma własną walutę może ją wykorzystać w celu wspierania swojej polityki gospodarczej. I na pewno to, że Polska jest tą zieloną wyspą na tle Europy w roku 2009 wynika przede wszystkim z ogromnego osłabienia polskiej waluty. Dzięki temu mogliśmy koniunkturalnie ten okres lepiej przetrwać. Innymi słowy: im gospodarka jest silniejsza, tym mniej potrzebuje własnej waluty. Dla słabszej własna waluta może się stać ostatnią instancją obrony w warunkach szoków. Słabszy złoty uratował nas przed nadmiernym importem i chronił krajowych producentów.

T. Lubińska:
- Kryzys był perturbacją, sytuacją nadzwyczajną, która nie nadaje się na punkt odniesienia. Natomiast do euro wchodzimy na dziesięciolecia, a może na wieki.

P. Adamarek:
- Jestem zwolennikiem wejścia do strefy euro, jednak warto zauważyć, że nasza gospodarka, będąc poza euro, zachowywała się podczas ostatniego kryzysu najlepiej w Europie. Byliśmy jedynym krajem ze wzrostem gospodarczym, co zawdzięczamy - zgadzam się z panem prezesem - przede wszystkim osłabieniu się naszej złotówki. Nam to wyszło w skali makro akurat na dobre, bo jak wiadomo w skali mikro wiele firm miało problemy z powodu osłabienia się polskiej waluty. Mam przed sobą dane o tym, co się składało na wzrost PKB. Przed kryzysem produkt krajowy rósł głównie dzięki konsumpcji indywidualnej, natomiast podczas kryzysu motorem był relatywnie duży wzrost eksportu - to słabsza waluta była dla eksporterów tym dodatkowym wiatrem w żagle. Dzięki temu nasze towary były za granicą bardziej konkurencyjne. W każdym razie, paradoksalnie, wychodzi na to, że dobrze się stało, iż w czasie ostatniego kryzysu nie byliśmy w strefie euro.

T. Lubińska:
- Musimy patrzeć długoterminowo, a w tej perspektywie euro nas zdyscyplinuje.  Nawet nasza konstytucja konkretnie określa, że nie można zadłużać się dalej, jeśli dług publiczny osiągnie poziom trzy piąte, czyli 60 procent PKB. To jest poziom bardzo niski dla kraju, który się rozwija - musi budować autostrady i finansować mnóstwo innych inwestycji infrastrukturalnych, które kraje zachodnie dawno mają za sobą. Jednak z moich doświadczeń wynika, że nie mamy dużych umiejętności w rządzeniu, nasza administracja dopiero uczy się menedżerstwa i pieniądze publiczne są wydawane mało efektywnie. Dlatego podoba mi się ten zapis o 60 procentach - jest pewną barierą w rozwoju, ale trzyma nas w ryzach.

P. Adamarek:
- Dodam jeszcze, że pewną suwerenność - co do kształtowania polityki gospodarczej - przyjmując euro  oczywiście stracimy. Przecież już nie Narodowy Bank Polski będzie decydował o stopach procentowych w Polsce, ale Europejski Bank Centralny. To jest pewien problem, bo wiemy, że europejska gospodarka nie jest jednorodna: jedne kraje rozwijają się szybciej, inne wolniej. Natomiast stopy procentowe w całym eurolandzie są takie same, zaś EBC przy ich ustalaniu z pewnością bardziej się liczy z opinią i interesami krajów silniejszych.

Czy euroland przetrwa?

Z. Jasina:
- A może okaże się, że to dyskusja czysto akademicka, bo za parę lat - zanim spełnimy te sławne warunki konwergencji - eurolandu już nie będzie? Gdyby na przykład Niemcy się wycofali...

D. Więcaszek:
- Niemcy, jak przystało na hegemona, są zarówno jedną z głównych przyczyn powstania euro, jak i dzisiaj jego kłopotów. Problemy wynikają z ich ogromnego eksportu, ograniczania popytu wewnętrznego i ochrony własnego rynku. Grecję „wykończył" m.in. silny niemiecki eksport. 

Z. Miklewicz:
- Na marginesie: u podstaw sukcesu Niemiec nie leży euro, ale od 50 lat prowadzona bardzo rozsądna polityka gospodarcza, szczególnie w takich obszarach, jak badania i rozwój, inwestycje, handel zagraniczny. Euro tę politykę wsparło. Natomiast kraj, który nie potrafi uporządkować spraw związkowych i socjalnych, który nie potrafi prowadzić polityki budżetowej - z euro i bez euro będzie miał ogromne kłopoty.

S. Flejterski:
- Euro jest i będzie projektem wysokiego ryzyka. Twórcy tej idei przyjęli dwa założenia: po pierwsze, że dojdzie do integracji politycznej, która dziś wygląda różnie - przykładem spory i partykularyzmy przy okazji dyskusji o pomocy dla Grecji. Sądzę, że na razie poziom tej politycznej integracji nie jest wystarczający dla potrzeb euro. Po drugie, nie zostały zmniejszone, tak jak się spodziewano, różnice w poziomach rozwoju między różnymi częściami eurolandu, czy szerzej Unii Europejskiej.
A odnosząc się wprost do pytania - sądzę, że tym razem euroland przetrwa. Może jeszcze następnym razem. Powrót do sytuacji sprzed nie wchodzi w rachubę, bo wiąże się z nim za duże ryzyko. Przy wszystkich kontrowersjach, np. grecko-niemieckich, myślę, że euro zostanie uratowane.
Dla nas ważniejsze jest inne ryzyko: gdybyśmy gdzieś w połowie tej dekady nie przystąpili do strefy euro, to moglibyśmy ugrzęznąć w Europie drugiej prędkości. Bo przecież ten podział istnieje i pamiętajmy, że do głównego rdzenia Unii nie należymy.

D. Więcaszek:
- Euroland przetrwa, jeżeli Unia zechce się bardziej zintegrować - politycznie i gospodarczo. Bo ciągle nie jesteśmy unią gospodarczą, wciąż obowiązują - szczególnie w bogatych krajach - ograniczenia w dostępie do rynku pracy, do rynku usług, dotyczące e-biznesu etc. Między innymi z powodu tych barier niektóre kraje mogą rozwijać się szybciej, a inne pozostają w tyle. Dalsza integracja pozwoli euro przetrwać. Natomiast czy ktoś będzie chciał wyjść z eurolandu? Ja bym powiedział, że takie głosy - jak przy chęciach opuszczenia małżeństwa - świadczą o przewadze optymizmu nad doświadczeniem. To droga, z której bardzo ciężko zawrócić.

P. Adamarek:
- Niektórzy się nawet  zastanawiają, czy Stany Zjednoczone przetrwają, bo też mają problemy. Wszyscy je mamy, ale w Europie powinniśmy trzymać się razem, choćby po to właśnie, aby być w stanie przeciwstawić się gospodarczo USA i Chinom. Tymczasem  euro jest dość mocne i widać, że jest przeciwwagą dla dolara - chociażby jako waluta rezerw dla banków centralnych.

Po jakim kursie?

Z. Jasina:
- Pozostaje zatem problem wyboru momentu i warunków. Czy powinniśmy się spieszyć, czy raczej asekuracyjnie odczekać? Może jesteśmy jeszcze na euroland gospodarczo za słabi? Kiedy kryteria z Maastricht łamią Niemcy czy Francuzi, to nikt im krzywdy za to nie zrobi, ale kraje słabsze - choćby Grecja - nie mogą sobie na to pozwolić.

Z. Miklewicz:
- Zabrzmi to bardzo technicznie, ale sedno sprawy to właśnie kryteria konwergencji [parametry makroekonomiczne, takie jak wysokość deficytu budżetowego czy długu publicznego, jakie należy spełnić, aby być przyjętym do strefy euro - przyp. zj] nominalnej i realnej.  W związku z tym konieczna jest reforma finansów publicznych, rzetelna polityka budżetowa itd., aby spełnić kryteria konwergencji nominalnej.
Natomiast w kategoriach konwergencji realnej mówimy o konkurencyjności przedsiębiorstw. I tutaj odpowiadam: euro tak, ale jest kwestia fundamentalna - po jakim kursie na euro przejdziemy. Przy kursie, powiedzmy 3,50 zł za 1 euro - Zakłady Chemiczne Police będą miały poważne problemy ze sprzedażą swoich produktów. Podobnie zresztą jak inne firmy przemysłowe, nie wspominając o rolnictwie. Zachowanie konkurencyjności naszych podmiotów gospodarczych w strefie euro wymaga głębokich procesów restrukturyzacyjnych i inwestycyjnych w firmach, niekiedy w całych sektorach gospodarki.

P. Adamarek:
- Pamiętajmy, że wybór momentu i warunków nie tylko od nas zależy... Dziś z pięciu kryteriów, spełniamy tylko jeden. Ale zgadzam się z panem prezesem Miklewiczem, że bardzo ważny jest kurs wejścia. Chociaż inny jest tutaj punkt widzenia i interes przedsiębiorcy niż zwykłego konsumenta. Temu ostatniemu na rękę jest trend umacniania się złotówki, a ja sądzę, że ten trend będzie się utrzymywał. Zawirowania i osłabienie podczas kryzysu było raczej zjawiskiem przejściowym. Trend na wzmocnienie oznacza, że z punktu widzenia zwykłego konsumenta, im później wejdziemy do strefy euro, tym lepiej. Bo w przeliczeniu na euro będzie on wtedy więcej zarabiał.  Z punktu widzenia gospodarki, odwrotnie: im prędzej, tym lepiej.

Z. Miklewicz:
- To prawda, że przy silniejszej naszej walucie konsumenci mogą się cieszyć, bo wtedy np. samochód sprowadzony z Niemiec będzie znacznie tańszy. Jednak pod warunkiem, to druga strona medalu, że ten konsument będzie miał pracę i te złotówki, za które będzie mógł kupić euro, a za te euro samochód. Dlatego podkreślam wagę rozsądnego wyważenia: kurs na wejściu musi być taki, aby polskie firmy i nasi przedsiębiorcy byli w eurolandzie konkurencyjni. Wtedy będą się rozwijać, zatrudniać ludzi, wypłacać wynagrodzenia, etc. Musimy uniknąć casusu NRD - czyli integracji z euro (jak  NRD z marką), po której cała gospodarka plajtuje.

T. Lubińska:
- Podkreślić należy fakt, że przedsiębiorcy w strefie euro będą mogli brać kredyty na inwestycje po niższej cenie. Obecnie w Polsce stopy procentowe są bardzo wysokie.

S. Flejterski:
- Przypomnę opinię prof. Grzegorza Kołodki, który od ładnych paru lat powtarza, że ten optymalny kurs przejścia wynosi 4 złote za euro. Zapewnia, że nie z intuicji mu to wyszło, ale ze starannych obliczeń. Ale oczywiście rozumiem, że ocena przedsiębiorców może być inna niż konsumentów. Co na to przedsiębiorcy?

Z. Miklewicz:
- Powiedziałbym, że to dolna granica, możliwa do zaakceptowania - między 4 a 4,20 zł. Z pewnością ten kurs musi być starannie przemyślany i wyważony - przecież wszystko będzie według niego przeliczone: zadłużenie obywateli i firm w złotówkach i walutach, zarobki, dochody przedsiębiorstw. Dla mnie, co wciąż powtarzam, najważniejszy jest interes i konkurencyjność firm. Dlatego w tych widełkach skłaniałbym się bardziej ku 4,20 niż 4 zł.

A. D. Liskowacki:
- A czy specyfika naszego regionu ma jakiś wpływ na ten optymalny kurs wejścia? Jaki poziom dla nas byłby lepszy lub gorszy?

S. Flejterski:
- Szczecin przestał być miastem przemysłowym, a staje się - jak to na konferencjach naukowych nazywamy - ośrodkiem postindustrialnym, w których dominują firmy usługowe. Są oczywiście wyjątki, jak Zakłady Chemiczne w sąsiedzkich Policach, jednak tradycyjny przemysł zanika. Ale tak bardzo od reszty kraju się nie różnimy, więc chyba jakiegoś „odrębnego" kursu też nie potrzebujemy.

P. Adamarek:
- Pewną naszą specyfiką jest z handel przygraniczny; przyjeżdżający do nas Niemcy mogą już w sklepach płacić w  euro.

T. Lubińska:
- Chociaż jestem finansistą, nie patrzę na gospodarkę tylko od finansowej strony. Obserwuję rodaków, którzy musieli przejść w ostatnich dwóch dekadach potężne przeobrażenia. Ale może właśnie te zachowania Polaków to najważniejszy test wiarygodności naszego kraju w oczach Zachodu. Przecież dla nich jeszcze niedawno tutaj był „dziki wschód". Tylko dojrzałe zachowania polityków, przedsiębiorców, obywateli - jak ostatnio wobec kryzysu - mogą ich przekonać, że to już zupełnie inny kraj. Dopiero  wtedy w pełni, naprawdę zaakceptują nas w strefie euro i innych zachodnich strukturach. Same wskaźniki, nawet pełne spełnienie wszystkich kryteriów konwergencji, nie wystarczą. Wzrost zaufania do polskiej gospodarki, do naszych przedsiębiorców i urzędników jest bardzo ważny.

D. Więcaszek:
- My się nie opowiadamy za lub przeciw euro, ale za silną lub słabą Europą. Stawką jest bycie silnym krajem w silnej Europie. W każdej dyskusji można przytoczyć argumenty pro i kontra. Keynes mówił, że w ogóle nie wolno we wspólnym obszarze łączyć krajów silnych i słabych. Sachs ostrzegał przed wiązaniem słabych walut z silnymi. Można znaleźć argumenty na wszystko, ale można też powiedzieć: to nie jest ważne, to była stara ekonomia, a dzisiaj jest sytuacja nowa - tworzymy nową Europę i musimy stworzyć dla niej warunki. Zamiast więc przytaczać argumenty ze starych książek, powinniśmy raczej obserwować dzisiejsze przykłady. Dobrym przykładem jest Słowacja, za chwilę będą wstępowały kraje bałtyckie, jest co obserwować.

T. Lubińska:
- I mamy jeszcze w domu nad czym pracować: szczególnie wiarygodność i przejrzystość statystyki będzie uważnie monitorowana i tego wszystkiego, co się składa na deficyt sektora finansów publicznych i dług publiczny.

D. Więcaszek:
- Unia zmądrzała. Był taki moment, że przyjmowano do euro niemal na siłę. Po ostatnich przygodach, w Unii uświadomiono sobie, że to był błąd. Teraz Bruksela będzie uważniej patrzeć na wiarygodność danych, statystyk, na korupcję u kandydatów, etc. Ta ostrożność wyjdzie na zdrowie wszystkim: obecnym i przyszłym członkom eurolandu i całej UE.

Zyski, koszty

Z. Jasina:
- Co zyskamy i co stracimy bezpośrednio po wejściu do strefy euro? Jakie związane są z tym nadzieje i obawy?

T. Lubińska:
- Przedsiębiorcy mają tyle bieżących problemów na głowie, że pewnie nie mają czasu się nad tym zastanawiać.

P. Adamarek:
- Staniemy się częścią dużego rynku finansowego, co np. istotnie zwiększy dostęp przedsiębiorstw do pieniądza. Jak ważne to jest, przekonaliśmy się w czasie niedawnego kryzysu, kiedy w pewnym momencie rynek pieniężny wysechł. Kredytu po prostu nie było. W strefie euro takie sytuacje staną się mniej prawdopodobne. Przynależność do obszaru silnej waluty zmniejsza różne ryzyka gospodarcze.

D. Więcaszek:
- Ale warto pamiętać, że posiadanie silnej waluty nie chroni przed kryzysem gospodarczym. Przecież kryzys finansowy zaczął się w krajach anglosaskich. Gdyby u nas było wystarczające finansowanie w bankach, których kłopoty też miały źródła za granicą, to w Polsce w ogóle nie odczulibyśmy żadnego spowolnienia gospodarczego.

P. Adamarek:
- Przepraszam, ale nie mogę się do końca z tym zgodzić. Może z punktu wiedzenia makro spowolnienia nie było, ale z punktu widzenia mojej firmy - przeładunki w porcie spadły o 20 procent.

Z. Miklewicz:
- Głównym kosztem firmy pozostawania poza strefą euro jest narażenie na ryzyko walutowe, ogromną zmienność kursów. Mieliśmy euro po 3,20 zł, a pół roku później po 4,70 zł. To ogromnie destabilizuje finanse firm i bardzo trudno jest zarządzać ryzykiem przy takiej zmienności.
Z kolei główne ryzyko, to - jak już mówiliśmy - zbyt wysoki kurs na wejściu. Jeśli złoty będzie zbyt mocny, to dla „Polic" oznacza kłopoty.

P. Adamarek:
- Dołączę się do tęsknoty pana prezesa Miklewicza do stabilności walutowej, bez której naprawdę trudno porządnie planować działalność firmy.

D. Więcaszek:
- Nie spotykam przedsiębiorców, którzy dyskutują nad tym, czy ma być euro. Wszyscy go chcą, a dyskutują o warunkach: po jakim kursie, przy jakim deficycie, itd. Od rządu oczekują nie odwlekania euro, ale poprawy warunków dla biznesu. Rzeczywistej poprawy, a nie tworzenia kolejnych komisji - Palikota i innych - do zwalczania biurokracji biurokracją. Tymczasem z roku na rok spadamy coraz niżej pod względem swobód gospodarczych - dzisiaj jesteśmy w takim rankingu w połowie drugiej setki państw. To najgorszy problem, o którym musimy krzyczeć.

Z. Miklewicz:
- Zgadzam się, że w średnim i długim terminie bilans wypadnie na korzyść euro. Jednakże w gospodarce nic nie dzieje się samo.  Jeśli mówimy, że chcemy przystąpić do strefy euro, to musimy wykonać masę działań, które do tego prowadzą. Poczynając od reformy finansów publicznych i restrukturyzacji gospodarki. Fakt, że możliwe daty przyjęcia euro wielokrotnie się zmieniały też świadczy o tym, że to trudna operacja. Pierwszą datą był chyba rok 2005. Powtarzam: najpierw działania, wspierane przez elity polityczne i gospodarcze - zrównoważony budżet i konkurencyjne firmy. Na końcu tej drogi jest pytanie, czy zostaniemy tam w ogóle przyjęci. Gdy będziemy mieć taką gospodarkę jak Dania - to na pewno tak, gdy będziemy drugą Grecją - to na pewno nie.

To będzie rewolucja?

Z. Jasina:
- Kiedy już dożyjemy do tej „godziny zero" - w roku 2014, 2016 czy innym - to co się zmieni w życiu przedsiębiorców i zwykłych obywateli? To będzie rewolucja?

S. Flejterski:
- Z pewnością będzie to rewolucja dla Narodowego Banku Polskiego, banków komercyjnych  i spółdzielczych.

T. Lubińska:
- W Szczecinie ludzie już są do euro przyzwyczajeni, więc pewnie nie będą odczuwać żadnej rewolucji. Jeżdżąc za granicę, również z euro się stykamy, używamy go, oswajamy się.
Ale w perspektywie makro będzie to kolejny milowy krok w rozwoju kraju i gospodarki. Przecież to dopiero 20 lat, a już zdążyliśmy zupełnie przekształcić sektor gospodarczy, od nowa stworzyć bankowość i cały sektor finansowy. Teraz czekają nas nowe zadania bezpośrednio wynikające z euro. Wśród nich dwa kluczowe: konsolidacja nadzoru nad rynkiem finansowym i bankami oraz harmonizacja podatków i usług społecznych, takich jak ochrona zdrowia i emerytury.

D. Więcaszek:
- Dla normalnego człowieka, pobierającego pensję czy emeryturę, nic szczególnego w życiu się nie zmieni. Natomiast dla gospodarki będzie to godzina prawdy - sprawdzian tego, w jakim punkcie jesteśmy. Będziemy się mogli bezpośrednio porównać z innymi gospodarkami - wyjdą silne i słabe strony. To też będzie próba podobna do tej, jaką przechodziliśmy wstępując do Unii, gdy znikały granice dla przepływu towarów.

P. Adamarek:
- Jednak przypuszczam, że - podobnie jak było w innych krajach przy przechodzeniu na euro - ludzie będą się starannie przyglądać cenom w sklepach i na straganach. Podejrzewając, że przeliczenie cen będzie często wykorzystywane dla ich podniesienia.
Zgadzam się z panią profesor, że mieszkańcy naszego regionu już do euro w sporej mierze przywykli; pewnie gdzieś na ścianie wschodniej może to być jakiś większy szok, ale nie tutaj. 

Z. Jasina:
- Zdaje się, że ta kilkuletnia zwłoka dobrze też zrobiła społecznym emocjom wokół euro. Rzecz budzi dziś chyba znacznie mniej kontrowersji niż kilka lat temu.

S. Flejterski:
- A jednocześnie potrafimy dziś bardziej racjonalnie i wiarygodnie całą operację zbilansować. Patrząc zupełnie bez emocji, i zestawiając w łącznym rachunku wszystkich beneficjentów i poszkodowanych, wszystkie podmioty i struktury - kraj, gospodarstwa domowe, firmy, banki, turystów, kredytobiorców etc. - to z pełnym przekonaniem, popartym m.in. obszernym raportem NBP, można przewidywać, że w średnim i długim terminie ten bilans dla Polski będzie zdecydowanie korzystny. Rozmaite pośrednie i bezpośrednie korzyści powinny przewyższyć koszty i zagrożenia.

A.D. Liskowacki:
- A zatem dyskusja - i w redakcji, i w kraju - może zmierzać powoli do tego, co będzie na awersie i rewersie naszego euro - monety i  banknotu. Mówiąc trochę żartem - my, Polacy, lubimy dyskusje o narodowych symbolach. Ale w tym przypadku byłoby to chyba dość optymistycznym sygnałem... Dziękuję państwu za rozmowę.

Notował: Zbigniew JASINA

Drukuj Poleć artykuł Zgłoś błąd
DEBATA-EURO-JA1 DEBATA-EURO-JA3 DEBATA-EURO-JA6 DEBATA-EURO-JA8 FLEJTERSKI-JA2 LUBINSKA-JA1
Komentarze:
kazik (2010-04-07 14:18:23)
"D. Więcaszek:
- Dla normalnego człowieka, pobierającego pensję czy emeryturę, nic szczególnego w życiu się nie zmieni".
Jasne, oczywiście - jak był dziadem to i dziadem zostanie - tyle, że z euro w kieszeni
Ed (2010-04-07 20:18:15)
Dla ochrony Obywateli przed przystapiniem do Euro.
Rzad po pierwsze musi zrobic porzadek REFORMA z PRAWEM.
Po drugie zlikwidowac KORUPCJE oraz SPEKULANTOW WALUTOWYCH.
To jest opinia wielu Polakow mieszkajacych za granica miedzy innymi w USA
MarekodKolportarzuKotwicy (2010-08-15 22:57:05)
Panie Jasina kiedy otworzycie Szczecińską Giełde Papierów Wartosciowych? i Usług, napewno poziom korupcji spadnie lub zmieni jakość. A Mr.Wiecaszek niech nie ładuje Niemiecką ofensywą w Grecji, bo tam też dzialają spece od spekulacji z Wall Street i międzynarodowa lichwa. I proszę pozdrowić Adama Perkowskiego jeśli odezwał się ze Stanów, bo byłem na chrzcie jego syna, sporo pomoglem finansowo jemu i jego 5 osobowej rodzinie. Dziś na ul. Ruskiej usłyszysz tylko przelkleństwa.
Redon (2010-08-16 15:59:38)
No coz Chiny maja swojego Yuana, co nie przeszkodzilo im wyprzedzic gospodarczo Niemcy i od 16.08.2010 Japonie, a Polacy jak nie Japonie doscigaja, to Iralandie i cuda maja.
recydywa22paragraf (2010-08-22 22:12:50)
W kancelarii premiera Donalda Tuska opracowano rozporządzenie do nowelizacji ustawy o IPN, zgodnie z którym członkowie Niezależnego Samodzielnego Związku Zawodowego "Solidarność" nie mogą kandydować do Rady Instytutu. W dokumencie związkowców zrównano m.in. ze współpracownikami organów bezpieczeństwa państwa.
Dodaj komentarz


 
 Security code
  Akceptuję regulamin
 
Pogoda
19
na godz. 23:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Nowa książka Futbol po szczecińsku

Burzliwa i czasami dramatyczna historia szczecińskiego futbolu.

Sklepy, w których ją kupisz

Kup książkę za 19,99

(Koszt przesyłki 5 zł)

Czy ufasz prognozom pogody?
 
16%
 
61%
 
21%
Jesteś świadkiem ważnego wydarzenia?

Wiesz coś, czego nie wiedzą jeszcze inni?

Chcesz podzielić się z innymi ciekawymi zdjęciami?

Powiadom nas
Get Adobe Flash player