Przywykliśmy mówić o Szczecinie z wielką powagą. O jego przestrzeni, architekturze, zabytkach, pomnikach i o nowych projektach w tej mierze. Były debaty o „sercu Szczecina" (a raczej o jego braku), o „pływających ogrodach", o „szczecińskiej Wenecji", Aniele Wolności, Colleonim... Ale większość z nich miała właśnie charakter ideowego sporu o urbanistyczne i historyczne pryncypia.
Ranga tego sporu zdawała się wykluczać z dyskusji żart, kpinę, ironię, a choćby ton lekki, odrealniony. Z rzadka tylko ktoś wpisywał się weń jakąś performerską akcją - prowokacją, ingerencją w rzeczywistość - jak zdarzyło się na przykład wtedy, gdy pomnik kondotiera na pl. Lotników wyposażony został przez Krzysztofa Ked Olszewskiego i Arka Piętaka w zielony świetlisty miecz z „Gwiezdnych wojen".
A szkoda, że tak rzadko udaje nam się spojrzeć na Szczecin z takiej perspektywy. Brakuje nam luzu w tej debacie, a w efekcie - gubimy często jej sens. I tracimy z oczu szczegóły, które mogłyby ów sens przywrócić.
Marek Ostrowski, szczeciński architekt zajmujący się twórczością audiowizualną, jest tego wyraźnie świadomy - o czym świadczy jego wystawa fotograficznych kolaży „Sekwencja miejsc" prezentowana (do 3 marca) w Piwnicy Kany.
Ostrowski bawi się Szczecinem, ale robi to bardzo serio. Na charakterystyczne dla miasta miejsca i obiekty spogląda przekornie, żeby wydobyć ich istotę albo na odwrót - wskazać błąd w ich usytuowaniu, wydobyć niedostatek refleksji z takiego, a nie innego pomysłu. To jego punkt widzenia. Ale i zaproszenie do rozmowy.
Bo jest polemiczny, gdy w miejscu po dawnym „grzybku" - zabudowywanym dziś biurowcem - lokuje gigantycznego borowika, a i żartobliwie liryczny, gdyż przestrzeń ta kojarzy się wielu szczecinianom jako - utracone - miejsce spotkań. Wprowadzając na iglicę katedry maleńkie sylwetki wspinających się ku jej szczytowi - jak wyjaśniał dziennikarce „Gazety Wyborczej" - upomina się o prawo do swobodnego korzystania z wieży widokowej, która teraz dostępna jest za przepustką. Ale chyba najciekawiej prezentuje się w obiektywie Ostrowskiego maszt „Kapitana Maciejewicza" - wkopany w ziemię przy wjeździe do miasta. Jego podobieństwo do suszarki na bieliznę - białej, rozstawionej szeroko - wykorzystał bowiem z całą konsekwencją tego skojarzenia: na masztach wiszą wyprane koszule i inne fragmenty garderoby. Za tą groteską widać tu zresztą jasno postawione pytanie: czy postawiony w tym miejscu maszt nie zakłóca aby tej miejskiej przestrzeni? Czy nie byłoby lepiej, gdyby stanął bliżej rzeki, choćby na Łasztowni - tam gdzie ma powstać muzeum morskie?
Bywa, że w „Sekwencji miejsc" pojawiają się impresje wyzbyte tonu publicystyki. Bardzo osobiste, poetyckie. Jak choćby ta fotografia szczecińskiej latarni, na której huśta się - wysoko, na tle chmur - mała dziewczynka.
Tęsknicie za takim Szczecinem? Zobaczcie wystawę w Piwnicy przy Kanie. Jest o czym porozmawiać, nad czym się uśmiechnąć i zadumać. Chociaż skromna ilość prac pozostawia pewien niedosyt. Tak wiele przecież szczecińskich miejsc aż prosi się o to inne spojrzenie. Które odkryje ich tajemnice, obnaży śmieszność, opowie je na nowo.
ADL