Mieszkańcy nie mogą się nachwalić jego kazań. Że przejmujące, że trafiające do serc i umysłów i, że wygłaszane piękną polszczyzną. Wielu parafian z podszczecińskiego Mierzyna podkreśla wręcz, że ksiądz Franciszek mówi lepiej niż... oni sami. Osiem lat temu niewiele wiedział o Polsce i nie znał nawet jednego słowa w naszym języku.
Młody, energiczny, trzydziestoletni mężczyzna o zdecydowanych ruchach i wysportowanej sylwetce. Zaprasza mnie na rozmowę do zakrystii kościoła. Spokojnie opowiada o swojej historii, o chłopięcych marzeniach i miłości...do piłki nożnej. Kopał ją z zapamiętaniem i był w tym tak dobry, że jako dziewięciolatek został dokooptowany do drużyny dużo starszych chłopaków z sąsiedztwa. To było ogromne wyróżnienie. Ta piłka, oczywiście tylko pośrednio, przyczyniła się do tego, że został księdzem.
A było tak. Koledzy z boiska i sąsiedztwa otrzymali propozycję zostania ministrantami. Mały Franck Mbida chciał też taką otrzymać, ale wiedział, że mu się nie uda, bo jest za młody. Mama pozwoliła mu jednak pójść do kościoła razem z kolegami. Jakież było jego zaskoczenie, gdy szef ministrantów, zupełnie dla niego niespodziewanie, podszedł do niego i złożył mu taką samą propozycję. Bardzo się z tego ucieszył. Starsi koledzy ministrantami byli krótko, a on aż 15 lat.
To nie był przypadek
Franck Mbida jest Kameruńczykiem. Jego mama, która zmarła w marcu tego roku, była profesorem pedagogiki w kolegium nauczycielskim, a ojciec pracował w służbie celnej. Dziadek Francka był... królem jednego z kameruńskich plemion. Franck, nazywany w Mierzynie księdzem Franciszkiem, kilkakrotnie podkreśla, że księdzem nie został przez przypadek. - Zawsze miałem takie przekonanie, że będę powołany do stanu kapłańskiego. To po prostu było we mnie chyba zawsze. Owszem, jako młody chłopak myślałem o tym, żeby być pilotem, lekarzem, prawnikiem, ale w pierwszej kolejności chciałem zostać księdzem. I to się spełniło.
Gdy miał dziewięć lat dowiedziała się o tym jego mama. Ale nie od niego, tylko od miejscowego księdza. Coś w tym musiało być? Może ksiądz w kopiącym zapamiętaniem piłkę chłopcu, którego zapewne obserwował, zobaczył cechy, które powinien mieć kapłan?
Franck w 1992 roku poszedł do mniejszego seminarium duchownego w stolicy Kamerunu Yaounde. To był czas, w którym coraz bardziej przekonywał się do swojego wyboru. W wyższym seminarium nie miał już żadnych wątpliwości. Czuł, że kapłaństwo jest jego życiowym powołaniem. Rodzice nie wyrażali sprzeciwu, mama nawet bardzo go wspierała, ale ojciec był wstrzemięźliwy. Chyba miał nadzieję, że jego najstarszy syn zmieni zdanie - tak myśli o tym teraz ksiądz Franciszek. Nigdy jednak nie zakwestionował tego wyboru. - To na pewno nie był przypadek, że zostałem kapłanem - podkreśla.
Dlaczego Polska?
Decyzja zapadła w Kamerunie, w wyższym seminarium, gdzie nauka podzielona jest na dwa etapy. Podczas pierwszego naucza się filozofii, w drugim teologii. zarządzający kameruńskim kościołem arcybiskup, Belg z pochodzenia, uznał, że kilku seminarzystów powinno uczyć się teologii w Polsce. Bo polski kościół jest, na tle innych europejskich, dynamiczny i żywy. W gronie czterech seminarzystów znalazł się również Franck Mbida. Przez dziesięć miesięcy przechodził, jak mówi, „drogę przez mękę” w częstochowskiej Wyższej Szkole Języków Obcych. Z początkowej grupy kilkunastu obcokrajowców, którzy postanowili się nauczyć języka zostało tylko... dwóch Kameruńczyków. Przez dziesięć miesięcy, codzienne przez osiem godzin uczyli się „bardzo trudnego języka”. - Uczyłem się... całym sercem. Nie tylko wkuwałem słówka, poznawałem czasy i zasady ortografii, ale także chłonąłem polską kulturę, historię, obyczaje. Dzięki temu lepiej poznałem język.
- Ksiądz Franciszek pięknie mówi po polsku. I wygłasza piękne kazania. Proszę o tym koniecznie napisać - prosi organistka kościoła w Mierzynie Karolina Woźniak. O kazaniach i polszczyźnie księdza Franciszka mówią także inni parafianie.
Ksiądz podkreśla, że dobrze czuje się w Polsce i ma dobrą opinię o Polakach. Tych, którzy ze względu na kolor jego skóry, sprawiali mu przykrość, uważa za mniejszość i twierdzi, że „jest ich procentowo bardzo mało.”
- Kościół jest jeden i ja jako kapłan nie wybieram miejsca, w którym mam pracować. Tam gdzie Bóg mnie pośle, tam pojadę. Kilka lat temu bardzo mi zależało na tym, by wrócić do Kamerunu. Teraz gdziekolwiek bym się nie znajdował, jestem gotowy do pracy, która może dać ludziom możliwość zbawienia. Zbieram doświadczenie i robię to, do czego jestem powołany.
***
Wyższe Seminarium Duchowne skończył w Łomży, ale święcenia odebrał w Kamerunie. - To było bardzo, bardzo uroczyste. Afryka jest innym światem, jest tam inny styl uprawiania liturgii. Msze święte trwają po trzy godziny.
Ksiądz Franciszek nie ukrywa, że zgodził się na rozmowę, bo proboszcz parafii dr Zbigniew Wyka wyraził dobrą opinię o „Kurierze Szczecińskim”. On, chociaż jego brat jest dziennikarzem w Afryce, uważa, że media, a przynajmniej ich duża część „nie przekazują prawdziwego obrazu rzeczywistości, bo stały się stronniczym narzędziem manipulacji, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie”.
W małym kościele w Mierzynie za chwilę zabrzmią organy, na których zagra Karolina Woźniak, a ksiądz Franciszek przemówi do wiernych. Mądrze i piękną polszczyzną...
Tekst i fot. Marek OSAJDA osajda@kurier.szczecin.pl
PS. 13 grudnia w Warszawie Franciszek Mbida będzie bronił pracy doktorskiej. Powodzenia!