poniedziałek, 11 grudnia 2017.
Strona główna > Sport > Żeglarstwo. Strach przed kasynem ... (ROZMOWA)

Żeglarstwo. Strach przed kasynem ... (ROZMOWA)

Żeglarstwo. Strach przed kasynem ... (ROZMOWA)
Data publikacji: 2017-05-18 19:40
Ostatnia aktualizacja: 2017-05-18 19:40
Wywietleń: 1107 259155

Rozmowa z Agnieszką Skrzypulec, brązową medalistką mistrzostw Europy w żeglarskiej olimpijskiej klasie 470

Reprezentantka SEJK Pogoń Szczecin, sterniczka Agnieszka Skrzypulec w parze z załogantką Jolantą Ogar, zdobyła w Monako historyczny brązowy medal żeglarskich mistrzostw Europy. Był to pierwszy w historii medal polskiej żeńskiej załogi w olimpijskiej klasie 470 na imprezie rangi mistrzowskiej. Po powrocie do Szczecina poprosiliśmy naszą zawodniczkę o rozmowę.

– Czy trudno było wywalczyć historyczny krążek?

– Zdobycie brązowego medalu kosztowało mnie sporo wysiłku. Regaty, w których rywalizowało 40 łódek, były bardzo wymagające, nie tylko pod względem fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym. Brak wiatru, godziny oczekiwania na start w prażącym słońcu i stres spowodowany odraczaniem kolejnych wyścigów powodowały, że trzeba było zachować pełną koncentrację i gotowość przez te wszystkie dni.

– W takich warunkach zapewne sporą rolę odgrywała strategia?

– Podjęłyśmy decyzję, by w każdym wyścigu walczyć o miejsca w szerokiej czołówce, ale nie podejmować ryzyka walki o najwyższe lokaty, bo to wiązałoby się z niebezpieczeństwem spadnięcia do ogona stawki. Życie pokazało, że przy tak słabym wietrze była to dobra decyzja, a nasza strategia zaowocowała trzecim miejscem po eliminacjach, które później decyzją sędziów zmieniło się automatycznie w brązowy medal.

– Dlaczego nie doszło do finałowych wyścigów?

– Podczas ostatniego dnia mistrzostw Europy, w klasie 470 miały odbyć się podwójnie punktowane wyścigi medalowe, w których wystartować miało dziesięć najlepszych załóg klasyfikacji generalnej, ale gdy zeszłyśmy na wodę, przez 4 godziny bezskutecznie czekałyśmy na wiatr. Był stres i nerwy, aż ostatecznie sędziowie podjęli decyzję, że do wyścigów nie dojdzie, a końcowa klasyfikacja mistrzostw Europy ustalona zostanie na podstawie wyników eliminacji.

– Ucieszyła panią ta decyzja, czy może jednak zmartwiła uniemożliwiając poprawienie trzeciego miejsca?

– Chciałam walczyć o złoto, a to zostało przekreślone, więc pierwsze uczucia były mieszane, ale później pogodziłam się z decyzją komisji sędziowskiej odwołującą wyścigi. W tych warunkach atmosferycznych równie dobrze mogłabym być pierwszą, jak i ostatnią. Rezultat byłby loterią, jak przy rzucie kością, a medale mistrzowskich imprez nie powinny być przydzielane losowo, lecz być wynikiem umiejętności zawodników, zaprezentowanych podczas całych zawodów. Lepiej więc, że stało się tak, jak zadecydowali sędziowie, a o zamianie brązu na cenniejszy kruszec będę mogła pomyśleć podczas kolejnych imprez.

– Płynęła pani w parze z byłą żeglarską partnerką sprzed lat, z igrzysk olimpijskich w Londynie, gdzie zajęłyście dwunaste miejsce. Nie byłoby to może tak dziwne, gdyby nie fakt, że przed rokiem Jolanta Ogar została mistrzynią Europy, startując… w barwach Austrii.

– Jola chciała na zakończenie kariery powrócić do reprezentowania biało-czerwonych barw, lecz musiała być na to zgoda federacji austriackiej, tym bardziej, że dotyczyło to uczestniczki igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Pozwolenie zostało ostatecznie udzielone, choć decyzja zapadła praktycznie w ostatniej chwili. Zdążyłyśmy jeszcze przed mistrzostwami Europy, na przełomie marca i kwietnia, zająć drugą lokatę w Pucharze Europy w Palma de Mallorca.

– Dlaczego zmieniła pani załogantkę w swej łódce?

– Powodem był fakt, że Irmina Mrózek-Gliszczynska, z którą pływałam ostatnio, między innymi podczas igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro, gdzie zajęłyśmy dziesiątą pozycję, pół roku temu doznała groźnego urazu nogi. Ponieważ przedłużyła się rehabilitacja jej kontuzjowanego kolana, musiałam szukać wyjścia awaryjnego. Na szczęście Irmina wraca już do zdrowia!

– Za półtora miesiąca w greckich Salonikach odbędą się żeglarskie mistrzostwa świata. Czy w klasie 470 Polskę reprezentował będzie brązowy duet z Monako, czy też może do łódki powróci Irmina Mrózek-Gliszczynska?

– Nie wiem. Zobaczymy jak będzie. Teraz nawet o tym nie myślę, bo po stresujących mistrzostwach w Monako, dałam sobie tydzień na wyluzowanie i totalny odpoczynek, by w Grecji być w optymalnej dyspozycji. W mistrzostwach naszego kontynentu i wcześniej w Pucharze Europy wygrywała Holenderka, więc chciałabym trochę pokrzyżować jej plany powtórzenia sukcesów w Salonikach.

– Po ubiegłorocznych igrzyskach olimpijskich w Brazylii sporo mówiła pani o brudnej i wręcz trującej wodzie w okolicach Rio de Janeiro? A jak ta sprawa przedstawiała się podczas niedawnych mistrzostw Europy?

– Oprócz wspomnianego wcześniej braku wiatru, innych problemów nie było, a woda w Morzu Śródziemnym na Riwierze Francuskiej była bez zarzutu. Pogoda też była piękna i słoneczna z temperaturą około 20 stopni Cejsjusza. Niestety, mocno poparzyłam skórę, która odwykła od słońca, gdyż pół roku nie trenowałam na wodzie. W mojej konkurencji nie da się ćwiczyć samemu, a choroba jednej osoby unieruchamia całą załogę.

– Czy udało się wygospodarować trochę czasu na zwiedzenie państwa-miasta, czyli księstwa Monako, które ma taką samą flagę jak Polska, tyle że odwróconą, z czerwonym u góry?

– Gdziekolwiek rzucają mnie sportowe losy, staram się zwiedzać jak najwięcej, ponieważ zwykle znamy jedynie drogę z hotelu do portu i z powrotem. Monako, które jest państwem dla bogaczy, ma około 4 kilometrów linii brzegowej i zrobiłam sobie taki spacer wzdłuż wybrzeża, podziwiając we wszechobecnych marinach olbrzymie motorówki, prezentujące się niczym pływające hotele. Rano roiło się tam od sprzątających, bo nie wiadomo, czy bogaczowi nie przyjdzie ochota na rejs. Przepych aż kłuł w oczy!

– Wróćmy z Lazurowego Wybrzeża do centrum miasta…

– W oczy rzuca się mnóstwo hoteli i kasyn, a na ulicach królują ferrari i inne ekskluzywne, drogie samochody. Są też palmy, ale nie wyrosły w sposób naturalny, lecz zostały zasadzone przez człowieka, bo całe Monako to praktycznie miasto. Zwiedziłam kilka najbardziej charakterystycznych miejsc, jak zamek i główne kasyno, ale nie odważyłam się zagrać… Przed wejściem było zaś sporo paparazzich, którzy czatowali na jakieś znane postacie, by im zrobić zdjęcia.

– Udało się obejrzeć półfinał Ligi Mistrzów z udziałem reprezentanta Polski Kamila Glika?

– 3 maja, gdy odbywał się mecz gospodarzy z Juventusem Turyn, akurat leciałam samolotem na mistrzostwa, więc się minimalnie spóźniłam. W czasie rewanżu widziałam wielu miejscowych kibiców przed telewizorami, więc widać, że futbol jest tam popularny. Kamila Glika nie udało mi się spotkać osobiście, ale mój trener Zdzisław Staniul leciał samolotem w towarzystwie dziennikarza sportowego, który mu wiele o naszym obrońcy opowiadał. Nie byłam też na stadionie, gdzie swe mecze rozgrywa AS Monaco, ale wiem, że jest malowniczo wkomponowany w zbocze góry.

– A jakieś inne sportowe akcenty?

– Byłam na słynnym torze samochodowym w Monte Carlo, które jest dzielnicą Monako. Rozgrywane tam są między innymi zawody Formuły 1, a ja przeżyłam choć namiastkę tego sportu, gdyż akurat toczyła się rywalizacja Grand Prix Formuły Elektrycznej.

– Dziękujemy za rozmowę. ©℗ (mij)

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
Przez granice
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
Uber die grenzen
LESEN SIE MEHR

Filmy

Jarmark Bożonarodzeniowy 2017
Mikołajowa atrakcja od Coca Coli
Międzynarodowa flota przy Wałach
Poprzedni Następny

Nekrologi

Teresa Syrek

kondolencje