czwartek, 23 listopada 2017.
Strona główna > Blogi > Ewa Kołodziejek > O zagwozdce i innych rusycyzmach

O zagwozdce i innych rusycyzmach

Wywietleń: 414

Kontakty między językami, polegające na przenikaniu wyrazów z jednego języka do drugiego, są zjawiskiem naturalnym i pożytecznym. Historia polszczyzny pokazuje, jak wiele obcych słów zagnieżdża się w naszym języku, wzbogacając go i przyczyniając się do jego rozwoju. W zależności od uwarunkowań politycznych, ekonomicznych czy kulturowych przyswoiliśmy wyrazy łacińskie, niemieckie, francuskie, włoskie i angielskie, a nawet węgierskie, tatarskie i tureckie, nie mówiąc już o pożyczkach od najbliższych sąsiadów – Rosjan, Czechów, Białorusinów czy Ukraińców.

Pewnie nawet nie wiemy, że wiele wyrazów tworzących zasób leksykalny współczesnej polszczyzny pochodzi z innego języka. Tymczasem na przykład recepta, okazja, komisja, kolor przyszły do nas z łaciny, dach, gmina, sołtys - z języka niemieckiego, bank, fontanna, impreza – z włoskiego, aleja, bandaż, krem, polonez, premiera – z francuskiego, lider, mecz, laser, tonik – z angielskiego, a czajnik, sojusz, kołchoz, nieudacznik, rozwarstwienie – z rosyjskiego.

Pozostańmy tylko przy rusycyzmach i im poświęćmy chwilę refleksji. Fakt, że jakiś wyraz pochodzi z języka rosyjskiego, absolutnie go nie dyskwalifikuje. Takie rosyjskie słowa, jak czort, dacza, nachalny, sojusznik, szajka, kolektyw, beztalencie, pustosłowie wzbogacają nasz słownik czy to w jednostki nazywające jakieś zjawiska, czy to w nowe środki ekspresywne. Bo rusycyzmy często służą nam do ironicznego, żartobliwego czy po prostu potocznego wyrażania myśli. Takie słowa, jak barachło (z akcentem na ostatniej sylabie), bumaga, chałtura, gieroj (też z przesuniętym akcentem wyrazowym), nieudacznik, zapiewajło, rozpiska czy tytułowa zagwozdka, nie tylko przekazują informację, lecz także wyrażają jakąś emocję. I takie zapożyczenia aprobuje norma językowa.

Inaczej traktujemy kalki wyrazowe, czyli konstrukcje żywcem (że się tak wyrażę) przeniesione z języka rosyjskiego. Norma współczesnej polszczyzny nie akceptuje na przykład wyrażenia reprezentować coś sobą, ponieważ lepsze i krótsze jest rodzime sformułowanie być kimś. Nie aprobujemy schematu składniowego: gdzie by nie poszedł, kto by nie był, akceptujemy natomiast polską konstrukcję: gdziekolwiek by poszedł, ktokolwiek by był (wiem, jest trudniejsza!). Odrzucamy przekalkowane z języka rosyjskiego wyrażenia: z dużej litery, pod rząd, za wyjątkiem, zastępujące (niepotrzebnie!) utrwalone w polszczyźnie konstrukcje: dużą (wielką), małą literą, z rzędu, z wyjątkiem.

Jednak niektóre z nieaprobowanych przez normę rusycyzmów są przez nas lubiane i chyba nawet nie zdajemy sobie sprawy z ich pochodzenia. Myślę przede wszystkim o potocznym póki co, o którym profesor Miodek mówi, że jest wyrazowym „zapychaczem” i „niszczy rodzimą synonimię wyrazową”. Faktycznie, zamiast póki co można użyć wielu innych wyrazów: na razie, tymczasem, teraz, dzisiaj, jak dotąd, jeszcze. Jeśli jednak mamy je wszystkie w swoich własnych indywidualnych słownikach, to ekspresywny rusycyzm póki co użyty z rzadka i zasadnie ani nam, ani polszczyźnie nie zaszkodzi.

 Ewa Kołodziejek

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu