czwartek, 24 maja 2018.
Strona główna > Blogi > Ewa Kołodziejek > Ewo, Andrzeju, Adrianie!

Ewo, Andrzeju, Adrianie!

Wywietleń: 1093

Mój felieton poświęcony okolicznościom przejścia na ty wzbudził na Facebooku ożywioną wielowątkową dyskusję. Okazuje się, że każdy z nas ma inne doświadczenia i inne poglądy związane z tym delikatnym momentem w międzyludzkich kontaktach. Jednym wątków dyskusji – dotkniętych, lecz nierozwiniętych – była kwestia wołacza imion.

Wołacz jest formą gramatyczną traktowaną przez nas po macoszemu. Jego funkcję, zwłaszcza w zwrotach adresatywnych, przejmuje mianownik: Tata, chodźmy na spacer! Babcia, jak się czujesz? Natalia, czy kupiłaś chleb? Dotyczy to szczególnie niezdrobniałych form imion: Adrian, przeczytaj to uważnie! Jacek, gdzie jesteś? Bogdan, ratuj! W wołaczu częściej używamy imion spieszczonych: Krysiu!, Basiu!, Jureczku!, Andrzejku!, Bożenko!, choć sformułowania: Cześć Elunia!, Grażynka, co u ciebie? nie należą w polszczyźnie potocznej do rzadkości.

Nie warto jednak zbyt pochopnie pozbywać się wołacza, gdyż jest on nam z wielu względów potrzebny. Wołacz podstawowej formy imienia: Adrianie!, Andrzeju!, Ewo!, Danuto! sygnalizuje pewien dystans między rozmówcami: już nie jesteśmy na pan/pani, ale jeszcze się nie zaprzyjaźniliśmy. Forma pełnego imienia jest też przejawem szacunku. Pamiętam przejście na ty z przełożonym o imieniu Zdzisław. Choć się bardzo lubiliśmy i byliśmy w podobnym wieku, to jednak jego zdrobniałe imię nie przechodziła mi przez gardło: Zdziśku? Zdzisiu? Zdzichu? Nie wypadało mi tak mówić, wszak to był mój szef! (Inni koledzy nie mieli takich skrupułów). Uratowała mnie neutralna i bardzo dostojna forma Zdzisławie!, wyrażająca konieczny dystans i szacunek należny przełożonemu.

Ważne jest też, w jakiej sytuacji komunikacyjnej zwracamy się do siebie po imieniu. W kontakcie oficjalnym stosowniej jest używać niezdrobnianej formy imienia: Andrzeju!, Bogdanie!, nieoficjalnie można sobie pozwolić na formę mianownikową: Andrzej!, Bogdan!. Wołacz pełnego imienia zawsze jakoś usztywnia sytuację, dystansuje rozmówców, nawet jeśli są sobie bliscy. W pamiętnym wyciskaczu łez, czyli filmie „Listy do M.”, małżeństwo zwracało się do siebie: Małgorzato! Wojciechu!, co pozwalało im panować - jak się w końcu okazało – nad ukrywanymi emocjami.

Oczywiście, wołacz rzadko ma jakieś drugie dno, jak w przywoływanym filmie. W kontakcie niebezpośrednim, pisanym także zachowujemy się bardziej oficjalnie niż w bezpośredniej rozmowie. Zaprzyjaźniony ze mną młodszy kolega z pracy pisane do mnie e-maile zaczyna od formy: Ewo!, mimo że na co dzień mówi do mnie Ewa. Mam też kolegę, do którego mówię: Michał, ale e-mail do niego zaczynam wołaczem: Michale! I mimo że ta forma imienia jak na nasze przyjacielskie stosunki wydaje się zbyt oficjalna, to jednak w moim odczuciu jest niezbędna w niebezpośredniej formie kontaktu.

Jak widać, nie wystarczy przeczytać wskazówki zawarte w różnych językowych poradnikach savoir-vivre’u. Zawsze się trzeba wykazywać komunikacyjną inteligencją, czyli dostosowywać wszystkie formy językowe do sytuacji, uwzględniając to, kim jesteśmy oraz do kogo, kiedy, gdzie i w jakim celu się zwracamy.
Ewa Kołodziejek

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu